The Room

Po kilku dniach głębokich przemyśleń chciałem Wam oznajmić, z pełną świadomością swoich słów. „The Room” to jest film, który zdecydowanie należy obejrzeć. W bezpiecznych warunkach. Z najbliższymi, z jakimś alkoholem na złagodzenie. Polecam.

Plotki mówią prawdę, „The Room” to jest jeden z najgorszych filmów w historii. Ogląda się go przez łzy śmiechu. Ale jest to też jedno z najważniejszych dzieł współczesnej kinematografii. Otóż okazuje się, że ten film to imponująca reprezentacja kinematograficznego art brut, gatunku sztuki zwanego też przez niektórych outsider art. „The Room” to jest antyfilm. Widząc jakich narzędzi używa reżyser i scenarzysta, uczymy się jak nie powinno się kręcić filmu. Widząc jak zły jest ten film dostrzegamy, że tak naprawdę wiemy jak powinien wyglądać dobry film. „The Room” jest też dowodem na to, że system Hollywoodzki jest sztuczny i bardzo łatwy do obejścia, w końcu twórcom „The Room” się ten film udało nakręcić. „The Room” jest dowodem potęgi twórczości indywidualisty. Tommy Wiseau, tajemniczy miliarder, pochodzący z mojego miasta, jest postacią nieskończenie fascynującą. Człowiek z płynnie zmieniającym się akcentem, człowiek, który zdaje się rozumieć znaczenie poszczególnych słów, ale nie potrafi budować ich w sensowne zdania. The Room to w całości jego wizja. Lub jego brak wizji. I „The Room” nie pozostawia obojętnym. Po seansie czuć zmęczenie, zaniepokojenie ducha. Obejrzenie „The Room” to jest rytuał przejścia. W całym tym śmiechu i nieudacznictwie rysuje się też jednoznacznie ponury przekaz obrazu samotnego artysty, oszukiwanego przez wszystko i przez wszystkich. Samolubnego, niezrozumianego. Klasycznego artysty.

Wśród wielu fabularnych i scenariuszowych perełek mamy też w „The Room” prawdopodobnie najbardziej rozsądną postać w historii kina, z najbardziej szokującym nierozwiązanym wątkiem fabularnym: panią Claudette.

Stary człowiek próbuje kupić przedłużacz

Moja obecność na blogu pozostanie całkowicie przypadkowa, ale czasem mam coś na języku, i nie wszystko na co chcę narzekać zmieści się w jednym tweecie. Dlatego dziś wpis z cyklu „za długie na twitta”.

Kupiłem ostatnio do domu lampę. Taką stojącą, z dwiema żarówkami. W popularnej sieci sklepów meblowych, więc lampa była dość tania. Lampa spoko, pasowała nam doskonale do jednego ciemnego kątu pokoju, w którym nie mam gniazdka elektrycznego. No to co zostaje zrobić, trzeba kupić przedłużacz.

Kiedyś to było. Kiedyś nie było problemu, można było wszystko kupić pod domem, po sąsiedzku chodzić po najróżniejsze specjalności. Na ulicę Szewską można było chodzić do tego sklepu z niebieskimi ścianami, żeby kupować elektroniczne rzeczy, żarówki, i najróżniejsze przedłużacze, jakie tylko technika zapewniała. Sklep oczywiście został zamnkięty, a na jego miejscu, oczywiście, nic nowego się nie otworzyło, bo nikogo nie stać na czynsz w samym centrum miasta.

Współczesne życie miasta musi być skupione wokół centrów handlowych, tak po prostu musi być i basta. I w sumie w porządku, nie jestem gorączkowym przeciwnikiem „malli”, byłem pierwszego dnia gdy otworzyli nową część Starego Browaru, byłem w dniu otwarcia Galerii Malta, całkiem podoba mi się nowa galeria handlowa Posnania. Nie ma co narzekać na generowanie nowych centrów życia, w których znajome marki zapewniają znajome towary. Nie jest tak źle z tymi molochami handlowymi. Ale z powszechnie rozumianej elektroniki najbliżej mam do Saturna (i/lub Media Marktu). Co gorsza, w sklepach zajmujących się szeroko rozumianą popowym RTV i AGD, są sprzedawane przedłużacze…tylko jednej firmy. I w dodatku niespecjalnie ciekawe. Miałem szczęście, kupiłem se ostatni 5-metrowy, bo był. I w dodatku stosunkowo tani w porównaniu z resztą. Ale musiał być biały, alternatywy nie było. A reszta towaru to była produkowana ze złotymi bezpiecznikami, bo kosztowały miliony złotych.

I to jest nieszczęśliwe. That fuck one can do? Chodzić do bardziej specjalistycznego sklepu z elektroniką, żeby zamiast listw zaciskowych, adapterów albo układów scalonych kupować zwykły przedłużacz? Albo po prostu kupować wszystko co się da na allegro?

Nie rozumiem świata. I to jeden z tych przykładów, których współczesny świat poszedł w głupią stronę. I nie wiadomo jak wróci.

Dzień dobry, pozdrawiam z 2017 roku

Minęło 13 miesięcy od mojego ostatniego wpisu na blogu. Trochę sporo. Całkiem dużo Życia zdarzyło się od tamtego czasu. W tak zwanym międzyczasie internet się unormował, ustabilizował. Już prawie nie ma personalnych blogów. Fora internetowe tracą swój zasięg. Wszystko przenosi się do: Facebooka, Twittera, Snapchat i Instagram. Duże korporacje rządzą więc nie tylko światem, ale też internetem. Po co więc trzymać własnego bloga? Nie wiem. Ale trzymam.

Może nawet napiszę parę myśli jak przyjdzie co do czego. Notatek do pracy nad sobą mam dużo.

Po co te występy

Jak można dojrzeć w moich ostatnich podsumowaniach roku, dość częstym elementem mojego życia w ostatnich miesiącach stało się występowanie z ukulele. Trudno powiedzieć jak to się stało. I trochę trudno mi wytłumaczyć, dlaczego to robię. Szybkie wyjaśnienie jest takie, że się od tego uzależniłem. Sam dość często wątpię we własne umiejętności, w swoją merytoryczną wartość sceniczną, i w ogóle, jak śpiewał poeta„czy nie piękniej robi to ptak i czy w ogóle jest sens wykonywać pieśń”. Również dlatego swoje występy nazywam „wydarzeniem muzycznym”, albo „projektem muzycznym”, bo koncerty powinni wykonywać jedynie prawdziwi muzycy. Ja nie chcę mierzyć wysoko, chcę podczas grania na ukulele poczuć się jak na wakacjach, przy ognisku. Albo na późnej imprezie, gdy ktoś wyciąga gitarę. Z tych kilku występów wypracowało się już u mnie uzależnienie, po pierwsze od samego instrumentu, ale też od wyjścia na środek i opowiadania innym o sobie i o instrumencie, który lubię. Jakaś siła, od moich 28 urodzin, każe mi wystawiać się na widok publiczny, i snuć melancholię, albo komedię, a najlepiej jedno i drugie, wspierane w brzdąkanie na amerykańsko-hawajskim instrumencie. Nie jestem jedyny. Kto nie złapał nigdy bakcyla publicznych wystąpień, ten nie zrozumie nigdy dlaczego tak wielu komików na Zachodzie, a ostatnio też u nas, wychodzi na scenę i robi z siebie głupka przez 5 minut, byle tylko parę osób się zaśmiało. Po części chodzi właśnie o tą podnietę, czujesz radość z tego, że coś się wykonało. Spektakl się zakończył i przeżyłeś. 

Będąc w Bukownie Światowym Dniu Ukulele 2016 odkryłem w sobie jednak jeszcze inną potrzebę. Na tegorocznym zjeździe Polish Ukulele zostałem zaproszony do występu na głównej scenie jako pierwszy wykonawca, żeby rozgrzać/znudzić publiczność przed występem prawdziwych gwiazd. Tuż przed wyjściem na scenę zacząłem się denerwować, co jest dla mnie miłym uczuciem, uzależniłem się też od tej pozytywnej tremy przed występami publicznymi. W pewnym momencie, pośród dowcipnych żartów i głupich uwag wymienianych z innymi wykonawcami, nerwy zaczęły mi nawet trochę przeszkadzać. A potem mi się przypomniało co mam robić, i że jest piosenka, „I’ll See You In My Dreams”, którą sam przetłumaczyłem na polski, i że ja tą piosenkę uwielbiam, że nawet podoba mi się moje jej tłumaczenie, i że ja muszę im tę piosenkę zaśpiewać.

No i zaśpiewałem („Spotkamy się we śnie” od 13 minuty).

Chwile bycia fanem

brody3Jest późna wiosna 2015 roku. Siedzę sobie spokojnie przy piwie z grupą znajomych, jak zwykły człowiek. Nagle w telefonie dostrzegam powiadomienie o  smsie. Zrządzeniem losu dokładnie w  tym samym czasie po drugiej stronie globu, na wielkiej imprezie dla fanów, a  także w  internecie, zostaje wyświetlony drugi zwiastun nowych Gwiezdnych wojen. Epizod VII, Przebudzenie Mocy. Zakładam słuchawki, włączam wideo….i nie mogę ukryć entuzjazmu. Ta muzyka, ten montaż…a w finale na ekranie pojawia się postać, którą znam od wielu lat. Bohater, którego już nigdy nie spodziewałem się zobaczyć na wielkim ekranie. „Chewie, jesteśmy w domu” – mówi Han Solo, a ja już nie mogę się pozbierać. Nie można wrócić do banalnych rozmów przy piwie po takim ładunku emocjonalnym. Nigdy nie zapomnę tego seansu. Parę miesięcy wcześniej….

Ciąg dalszy, czyli pełną wersję felietonu o chwilach bycia fanem Star Wars, można sobie przeczytać w 3. numerze magazynu „Brody z Kosmosu”. Polecam!