Dwugłos o gruszkach

Moje postępujące rozmemłanie trochę mnie dręczy. Mam na przykład rozgrzebanych już kilka nadmiernie interesujących notek na bloga, ale coś nie mogę się nimi zająć. Z resztą nie tylko nimi, mam też wiele innych tekstów na inne miejsca. Podobnie jak z kilkunastoma napoczętymi książkami, serialami telewizyjnymi i toną podkastów w kolejce. O czym z resztą też chciałem kiedyś napisać. Ale ja nie o tym. Wbrew pozorom nie chciałem pisać wpisu depresyjnego związanego z brakiem czasu, tylko nieudolnie zasegwayować*, że żonglowanie wieloma sprawami prowadzić może do wielu głosów, a najmniejszy wielogłos, to dwugłos, a dwugłos to ciekawa forma Arcyciekawej Aranżacji.

Czyli o tym jak powstanie piosenka będąca bezpośrednią odpowiedzią na inną piosenkę, a czasem przy okazji ciężką satyrą na treść tej poprzedniej. Po raz kolejny w dziale przedstawiam Wały Jagiellońskie, ale wcześniej Maryla. Lubię Marylę, bo mimo pewnej przaśności i festiwalowości, potrafi ona przez całą karierę tworzyć rzeczy znakomite, a przy okazji potrafi być prawdziwą polską gwiazdą country. Ale tym razem grusza polska i jej problemy względem leżenia. ‚Nuff said. Zapraszam do słuchania.

* Anglojęzyczne segue jako pojęcie śródtematu prowadzącego od jednego do drugiego tematu to znakomity wynalazek, zasługujący na polską wersję. Tylko nie wiem jakie by to miało być słowo. Segłej?

Arcyciekawie zaaranżowany "Creep"

Nie jestem największym przyjacielem zespołu Radiohead. Nie pytajcie dlaczego. Zwłaszcza, że teoretycznie powinienem być, są w końcu maksymalistycznie alternatywni, grają muzykę ciekawią i oryginalną, ponadto wyznają sensowne podejście do własnych słuchaczy, oraz niechęć do dużych studiów muzycznych: nawet swoją ostatnią płytę wypuścili do ściągnięcia z netu za dowolną opłatą. Ale jakoś dotąd mnie nie przyciągali.

Dopiero niedawno zainteresowała mnie piosenka „Creep”. Jakimż zaskoczeniem było dla mnie informacje cioci wikipedii, która opowiedziała, że była to ich pierwsza piosenka wydana na singlu, pierwszy i być może największy hit. Jednakże w oryginalnej aranżacji początkowo nie spotkała się z jakimś szczególnie ciepłym przyjęciem, trzeba było kilkunastu miesięcy, żeby zyskała popularność na świecie, w dodatku zaczynając nie od Brytanii, czy Stanów, ale Nowej Zelandii i krajów Skandynawii. Przy czym nie mam ku temu żadnych historycznych podstaw, ale odważę się powiedzieć, że dopiero inna wersja tej piosenki zachwyciła ludzkość – ta akustyczna, zaśpiewana dużo oszczędniej i z samą gitarą. To właśnie po niej piosenka stała się powszechnie znana, a wśród muzyków wybuchło mrowie wersji coverowych tego utworu. Najlepszy serwis internetowy świata, czyli słynny YouTube ma ich obecnie dosłownie setki.

Piosenkę „Creep” docenili nie tylko zwykli melomani, ale też wielkie muzyczne gwiazdy, w sieci można znaleźć alternatywne wersje „Creep” w wykonaniu wielu gwiazd, w tym: Korn na koncercie Unplugged, Moby (ten angol), gitarowo rozedrgany Prince, The Pretenders, komediancka gwiazda telewizji Conan O’Brian, pokręcona Amanda Fucking Palmer, czy zupełnie nikomu nieznany „bezdomny” Homeless Mustard.

Ale sieć jest też oczywiście pełna setek wersji amatorskich piosenki „Creep”, ja polecę dwa standardy: klasyczna dziewczynka z YouTuba, oraz oczywiście klasyczny duet z YouTuba. W swoich poszukiwaniach natrafiłem też na wersje, które najłagodniej nazwać można kontrowersyjnymi: smutny Kermit (który dowcipnie śpiewa „but I’m a green”), oraz doprawdy kosmiczna wersja Hindie Indie, którą śpiewa Bill Bailey.

Jednak osobiście żadną z tych wersji nie nazwałbym szczególnie ciekawą, a już na pewno nie arcy. Na aranżację arcyciekawą naprowadził mnie dopiero niedawno zwiastun, intrygującego z resztą, filmu „The Social Network”. Właśnie tam w tle śpiewa dziewczęcy chór pod przewodnictwem braci Kolacny:

Wybitne. Szczególnie, że dziewczyny nie cenzurują się, śpiewają tekst w pełni i dosłownie, a z drugiej strony bracia Kolacny kierują nimi bardzo delikatnie. Muzyka nieustannie narasta w sposób wręcz majestatyczny, żeby w ostatnich taktach idealnie się wyciszyć. Dochodzi więc do cudownego rozjazdu pomiędzy tekstem i muzyką. To dosyć znany chwyt, ale w tym wypadku jest wykonany perfekcyjnie.

Przy czym przyznam, że wciąż nie wiem dlaczego za każdym razem jestem zachwycony gdy słyszę tę pieśń. Rozumiem jej ogólną popularność, piosenka jest muzycznie dość prosta, z resztą ktoś napisał bardzo podobną już dwadzieścia lat wcześniej, a treściowo łatwo się z nią identyfikować, bo jest nie tylko depresyjna, ale i też ponuro realistyczna. Ale jakoś dopiero gdy zaśpiewały to belgijskie dziewczyny to serce mi się poruszyło, nie wiem dlaczego. Chociaż ja w ogóle lubię, kiedy kobiety na mnie śpiewają.

No to na koniec pozwolę sobie na odrobinę prywaty, oraz dołączenie się do głównego nurtu. Skoro wszyscy to robią, to ja też zaśmiecę internet swoją wersją Creep.

Summertime

Summertime. Letni czas. No to przecież idealnie na początek zimy.

Są takie piosenki, którym ciężko znaleźć najlepszą, najpełniejszą wersję. Problem staje się jeszcze poważniejszy, kiedy dana piosenka ma około 15000 udokumentowanych wykonań. Ileż wybitnych osób ją śpiewało, ilu wybitnych wykonań się doczekała. Aż sam nie wiem od kogo zacząć. Muszę być niezwykle ostrożny i uważny, szczególnie, że w pewnym sensie dla tej tylko piosenki stworzyłem ten dział.

Na początek proponuję bliskie oryginału wykonanie sceniczne. Bo musicie koniecznie wiedzieć, że ten chwytliwy kawałek dżezowy to tak naprawdę fragment opery, a pewnie nawet bardziej musicalu – bo powstał w 1935 roku, pod tytułem „Porgy and Bess”, autorstwa wybitnego George’a Gershwina. Rzecz jednak w tym, że ten utwór można przerobić na tysiąc sposobów, wedle każdej stylizacji

Wszechstronny charakter tej piosenki najpiękniej oddała chyba kabaretowa grupa muzyczna kwartet okazjonalny, która sama zrobiła jednocześnie kilka arcyciekawych aranżacji. Ale „Summertime” to też piosenka, która potrafi najpełniej oddać osobowość artysty, takich jak chociażby: Miles Davis, Ella Fitzgerald, Peter Gabriel, Paul McCartney, Kenny G, czy duet Herbie Hancock i Joni Mitchell. Skoro już o tym mowa, najwięcej zamieszania w tej materii narobiła prawdopodobnie Janis Joplin ze swoją blues-psychedelic-rockową wersją „Summertime”. Razem z zespołem „Big Brother and the Holding Company” nagrała ją na płycie Cheap Thrills, potem zrobiła też jeszcze kilka wykonań na żywo (choć ani razu z Jimim Hendrixem, jak chcieliby liczni pijani internauci). Szokująca to aranżacja, skupiona wokół hipnotyzującego głosu wokalistki i gitarowych meandrów grających hipisów, ale fakt, że dobremu ze wszystkim dobrze.

Jednak nie ta aranżacja pozostaje dla mnie najlepszą wersją tej piosenki, tej pieśni o lecie i spokoju, czyli dwóch rzeczach, których najbardziej wszystkim brak pod koniec grudnia. Mamy drodzy słuchacze niezwykłe duże szczęście, ponieważ za najwybitniejszą piosenkę świata miał okazję zabrać się najwybitniejszy duet świata. Przed Państwem: Ella Fitzgerald i Louis Armstrong w piosence „Summertime”.

Arcyciekawa aranżacja: "Gdy ma gitara łagodnie łka"

Świat dzieli się ponoć na tych od Paula McCartneya i tych od Johna Lennona. Jednak wśród Beatlesów do mnie zawsze najbardziej przemawiają piosenki George’a Harrisona. Przede wszystkim fenomenalne „Something”, ale ostatnio także inna pieśń o życiu, lenistwie i muzyce. „While My Guitar Gently Weeps”. Zagrane w przeróżnych wersjach. Choć główną uwagę na tę piosenkę zwrócił mi Floyd Pepper śpiewający w jednym z odcinków „Muppet Show”, w wersji na jedną gitarę i późnowieczorne nucenie na balkonie. Tutaj znów objawia się geniusz Hensona i jego ekipy: kiedy Floyd pociesza swoją elektryczną dziecinę słyszymy, że dotarli oni do samej podstawy tej pieśni (właśnie tak chciał ja słyszeć Harrison).
Ale wersji tej piosenki jest tak wiele. Można ją pozaziemsko grać na ukulele, wirtuozersko wyrzeźbić na dwóch gitarach, albo magicznie zaśpiewać w sweterku. Można też trzymać się nieco bliżej oryginalnej wersji tak jak to zrobili Tom Petty, Jeff Lynne, Dhani Harrison i Prince (to solo!) gdy wprowadzali George’a Harrisona do Rock and Roll Hall of Fame, albo gdy wyjąco-metalowo przeżywał ją Jeff Healey. Ale jednak ostateczną aranżacją tej piosenki chyba powinien zająć się sam autor, razem z przyjaciółmi, muzykami najwyższej klasy. Przed wami Elton John, Phill Collins, Jeff Lyne, Eric Clapton (który miał ponoć grać solo w oryginalnej wersji), Ringo Starr i George Harrison z piosenką „While My Guitar Gently Weeps”:


Arcyciekawe i arcypiękne.

Arcyciekawe Aranżacje – edycja świąteczna

O gwiazdkowych utworach, czyli tak zwanych piosenkach z dzwoneczkami, pisałem już kiedyś i pisać mógłbym nadal, godzinami. I niewykluczone, że będę, a co. Ale najpierw napiszę o jednej z najciekawszych dla mnie amerykańskich piosenek związanych ze Świętami Bożego Narodzenia o niezwykle oryginalnym tytule „Christmas Song”. Powstała w 1944 roku, żeby było śmieszniej – jak głoszą legendy – w samym środku lata, w sierpniu. Jeden z kompozytorów stwierdził, że napisał ją, aby „ochłodzić się myśląc o chłodzie”. Piosenka dosyć w sumie prostolinijna, z uroczo prostą puentą, że życzymy Merry’ego Christmasu. Ileż ludzi ją śpiewało! Można bez specjalnego ryzyka powiedzieć, że właściwie wszyscy, od Franka Sinatry po Chrysię Aguilerę. Łatwiej byłoby chyba wymieniać artystów, którzy nie zaśpiewali tego utworu. Można by godzinami słuchać różnych wersji jednego, niemal banalnego utworu, o nastroju świątecznym (daje to z resztą szansę na zaoszczędzenie czasu, jeśli jednocześnie się godzinami pisze się o piosenkach christmasowych). A zaczęło się to wszystko od Nat King Cole’a i jego muzycznego tria. To on zaśpiewał to po raz pierwszy, to jego wykonanie uznawane jest za najbardziej klasyczne.

I wiecie co? Nikt nie zrobił tego lepiej. No po prostu nikt.

Chociaż. Było kilka całkiem ciekawych prób.