The Book of Mormon

mormoniDawno nic nie pisałem o brodłeju. Cisza w kąciku mjuzikalowym spowodowana była po części blokadą umysłową, ale z drugiej strony również niewielką ilością fenomenów na Broadwayu. Od roku najwięcej mówi się głównie o jednej gwieździe krytyków i publiczności, przedstawieniu, które jest wyprzedane na następne lata, którego kolejne produkcje uruchamiane są w miastach na całym świecie. Nie, nie chodzi o nieszczęsnego Spider-mana, ale o „The Book of Mormon” autorstwa Treya Parkera i Matt Stone’a, czyli twórców „South Parku” i Robert Lopeza, jednego z twórców Avenue Q.

Jak sama nazwa wskazuje, sztuka ta opowiada o mormonach, ale przy tym zupełnie z nich nie szydzi, wprost przeciwnie, przy całej komediowości i ironi, mjuzikal pokazuje z szacunkiem ludzkie zachowania związane z religijnością. Oto dwóch młodych odważnych mormonów leci do Afryki, żeby głosić swoje poglądy, problem jest taki, że tam ludzie żyją zupełnie inaczej niż na przykład w Orlando, na Florydzie, zupełnie nie są bogobojni, a przejmują się nie gniewem Boga, tylko wszechobecnym AIDS i lokalnymi krwiożerczymi lordami. Comedy ensues.

Jak głosi legenda, twórcy marzyli o stworzeniu dowcipnego przedstawienia o mormonach od bardzo dawna, i faktycznie można w nim znaleźć wiele elementów, które są dla nich charakterystyczne: przekleństwa, obrazoburstwo, ogółem swawolne rozpasanie, i nie takie sztuczne, dla zwykłego szoku, tylko po prostu niczym nieograniczone. Przy całej swej ostrości „Book of Mormon” nie szydzi też z Broadwayu, wprost przeciwnie wydaje się miłować ten gatunek, więc na przykład nawiązuje i z uwielbieniem parodiuje rożne klasyczne tytuły, aczkolwiek po części być może są to tylko moje luźne skojarzenia, przez reminiscencję.

Jednak to co najbardziej cieszy, i co moim zdaniem ostatecznie przyniosło wielki sukces temu przedstawianiu, to fakt, że „Book of Mormon” to dzieło znakomite muzycznie. Jeżeli miałbym polecić tylko jeden utwór z całego przedstawienia to musiałoby to być najlepsze „Hasa Diga Ebowai”, utwór będący przy okazji fenomenalną parodią Króla Lwa…tylko z nieco większą ilością wulgaryzmów i pozornych bluźnierstw, szczególnie w absurdalnym refrenie finału piosenki. A jak to jest zaaranżowane i zaśpiewane! To jak u Tima Minchina, nie wystarczy przekląć używając trzech najpopularniejszych przekleństw, potrzeba jeszcze wysokiej jakości formy, oraz trafnej treści: „If you don’t like what we say try livig here a couple days, watch all your friends and family die, Hasa Diga Ebowai”. Żeby zapoznać się z ogólnym nastrojem muzycznym całego musicalu mogę polecić urocze otwarcie „Hello (tu w wersji z Tony 2012). W każdym porządnym mjuzikalu najważniejszym punktem programu jest piosenka miłosna, tutaj również pojawił się taki utwór pod tytułem „Baptize me”. To dzieło niezwykle urocze, jak większość przedstawienia, mówi znacznie więcej niż tylko o religijnym przeżyciu. Czwartym hitem, który mogę polecić niech będzie utwór pompatyczny, ale też udowadniający jasność intencji twórców, którzy dają głównemu bohaterowi prawdziwie szczerą wiarę, w piosence „I believe”.

„The Book of Mormon” to jeden z nielicznych mjuzikali, o których nie marzę, żeby został zrealizowany filmowo, bo film miałby znacznie więcej problemów niż przedstawienie teatralne, a tak, z realnym kontaktem z publicznością i w głęboko broadwayowskim stylu, może opowiadać swoją szczerą historię i wierze, miłości, ale bardziej wierze. A najlepsze, że po radosnym zapoznaniu się z tym musicalem, każde spojrzenie na mormona idącego ulicą, wywoła mimowolny uśmiech.

Rent

in_the_heightsNowy York to takie paskudne i ponure miasto. Że co, że pamiętacie? Ale tamto to była bajka, a teraz jest sama prawda o ponurych początkach lat 90. Choć oparty nieco na operze „La Bohème” Pucciniego, „Rent” trzyma się mocno życiowych doświadczeń autora Jonathana Larsona, który mieszkał we wschodniej części Manhattanu i poznał ówczesną bohemę Nowego Jorku, wszystkich tych artystów dotkniętych jednocześnie talentem i biedą, głodem i przekleństwem HIV i wieloma nieszczęśliwymi uzależnieniami. Swoje nowojorskie przeżycia spisał i przerobił na sztukę. Z resztą osobowość twórcy, wiernie oddanego swej idei stworzenia zupełnie nowego musicalu, który potrafiłby przyciągnąć widzów pokolenia MTV, stała się równie słynna co sam „Rent”, a może nawet i słynniejsza, po tragicznej śmierci twórcy, tuż przed broadwayowską premierą spektaklu.

„Rent” to przepełniony rockową muzyką spektakl opowiadający historię kilku dziwaków: Marka Cohena niespełnionego reżysera, Rogera Davisa niespełnionego muzyka, Toma Collinsa niespełnionego geja-anarchisty, Angela Schunarda niespełnionego drag queen, Mimi Márquez niespełnionej tancerki, Maureen Johnson niespełnionej bi-artystki. Tak więc jest to historia kilku naprawdę dziwacznych niespełnionych charakterów złączonych jednym miejscem i wielką przyjaźnią. I właściwie wystarczy przyjrzeć się z jakimi charakterami mamy do czynienia i fabuła tego, już może nie kontrowersyjnego, ale niekonwencjonalnego musicalu się nam dosyć wyraźnie zarysowuje.

Jeśli zaś chodzi o muzykę. Wśród wielu różnych piosenek całkiem „nieźle rockujących”, jak dla mnie do zapamiętania przez ludzkość nadają się przede wszystkim trzy utwory: taneczne „Tango Maureen” (albo tu), rozśpiewane całą obsadą „La Vie Bohème” (tu z filmu) i najsłynniejszy temat główny i swego rodzaju puenta całego spektaklu „Seasons of Love” (tutaj wersja ze Stevem Wonderem, a tu oryginalna obsada pojawia się na nagrodach Tony).

To pewnie nie jest mój ulubiony musical, nie jest też to spektakl dla wszystkich, początkujący swoją przygodę z Broadwayem prawdopodobnie się do niego nie przekonają. Ale jest to bez wątpienia przełom, to jest jeden z pierwszych musicali, który wytyczał drogę innym już tu wcześniej opisanym (no wiecie takie hity jak Avenue Q, Spring Awakening, czy In the Heights), to właśnie jemu udało się przejść od podrzędnych występów na off-Broadwayu, aż po sukces na Broadwayu głównym, wszystkie najważniejsze nagrody Tony, a nawet ekranizację filmową Chrisa Columbusa. I chociażby dlatego – za osiągnięcia, warto spróbować się z nim zapoznać.

Lion King #2

Taki appendix (czyli zwykły aneks, suplement, czy zazwyczaj update. Ale lepiej brzmiący.) do tego wpisu.

Byłem. W Londynie, na West Endzie, w Lyceum Theatre.

Łał.

Po prostu łał.

Naprawdę ciężko napisać coś więcej.

lion_king1

To przedstawienie jest genialne i wybitne w każdym aspekcie: muzycznie, kostiumowo, choreograficznie, teatralnie. Do świetnej muzyki Eltona Johna, Zimmera i Lobo M i tekstów Tima Rice’a zdołano dopasować zapierającą dech w płucach wizję, łączącą w sobie oryginalny film, prawdziwy wygląd zwierząt, silne wpływy afrykańskie i najważniejsze osiągnięcia teatru. I tak jedne kostiumy zwierząt wyglądają jak symboliczne połączenie człowieka i zwierzęcia, jak lwy, które w odpowiednim momencie potrafią „najeżyć się” gotowe do ataku. Inne kostiumy to właściwie prawdziwe zwierzęta, jak żyrafy, czy hieny, które w zoo mogłyby ze spokojem zmylić odwiedzających. Wreszcie czasem zmienia się widzom perspektywa i małe lewki obserwować można z daleka jako biegające po „trawie” kukiełki. Wśród postaci na szczególnie wymienienie zasługuje Rafiki, który stał się tutaj starą szamanką, szaloną, ale oprowadzającą po całej tej historii. Jedną z zabawniejszych momentów przedstawienia jest kiedy przemawia kilka minut w swoim dziwnym kląskającym małpim języku, a po chwili pyta „Rozumiecie mnie, tak?”. Z resztą humor w przedstawieniu nie przestaje bawić, scenariusz jest wzbogacany o drobne żarciki związane ze współczesnym życiem, a sama historia zgrabnie rozszerza filmową opowieść. W przedstawieniu nie braknie różnorodnej choreografii, a nawet baletu, dużą rolę odgrywają też marionetki i kukiełki. Właściwie to przedstawienie jest trochę jak prezentacja najważniejszych pomysłów teatralnych: pełna symboli, prostych, ale sprawnych sztuczek teatralnych, połączona w całość prezentuje doskonale magię sceny.

Na koniec nie mogę nie wspomnieć o dwóch muzykach siedzących na dwóch przeciwległych balkonach, którzy zajmują się wszystkim hałaśliwymi instrumentami perkusyjnymi: najróżniejszymi afrykańskimi bębnami i innymi przeszkadzaczami. Nie tylko towarzyszą widzom, ale wybijają rytm całego show „pojedynkując się” na rytmy.

A jakże magicznym utworem jest „He Lives In You” (tu po japońsku, a tu po francusku).

Łał.

The Little Mermaid

little_mermaidMała Sarenka to bardzo dziwna baśń. Szczególnie ta oryginalna, kiedy wszystko kończy się źle, dziewczynka zamienia się w pianę, a młode panny zostają ostrzeżone przed niecnymi kawalerami. Disney tą bajkę oczywiście zhappyendował, ale mi to osobiście w ogóle nie przeszkadza. Jeśli o to studio chodzi pewne jest jedno, kiedy Disney się za coś zabiera to zawsze będzie to wysokiej klasy, przynajmniej jeśli chodzi o formę. Kiedy więc zabrali się za sceniczną wersję tego filmu nie poskąpili środków na produkcję, chociażby na pozyskanie kompozytora z filmu, dzięki czemu całą muzyczną stroną przedsięwzięcia zajął się sam Alan Menken (naczelny kompozytor Disneya, napisał też muzykę do: Pięknej i Bestii, Alladyna, Pocahontas, Herkulesa, czy Zaczarowanej). Dzięki temu sceniczna wersja jest bardzo bliska filmowemu oryginałowi.

Fabuła jest dosyć prostacka. Syrenka, rozbisurmaniona najmłodsza księżniczka, zafascynowana obcą kulturą ludzi. Przystojny książę, romantyczny marzyciel kobieciarz, ale i tępak (i to nie w tym pozytywnym stylu, jak wasz sługa uniżony, ale w stylu tępym-drażniącym). No i dwa obowiązkowe zwierzątka: przyjaciel do (nomen onmen) zwierzania – Florian i nadworny służbista – Sebastian. No i oczywiście Tryton, klasyczny ojciec-władca, oraz złowieszcza Ursulla, nieszczęśliwa dama, która pomimo wysokiego urodzenia nie sprawuje żadnego wysokiego stanowiska. Potem jest miłość, intryga, nasi z początku przegrywają, a potem wygrywają. Wszystko jest kolorowe i śpiewne, aczkolwiek tym razem twórcy nie sięgnęli po specjalnie wyspecjalizowane scenicznie sztuczki: zdecydowano się na niebieskie tło, nieliczne dekoracje i aktorów na…wrotkach. Tak, mamy dwudziesty pierwszy wiek, a ci tutaj tylko pływają na wrotkach.

Co do najważniejszego dla mnie, czyli muzyki. Nie zabrakło kultowego już, nagrodzonego z resztą Oscarem, utworu „Under the Sea”. Z pieśni przerabianych na podstawie napisanej wcześniej muzyki szczególnie za uszy chwycił mnie dynamiczny „The World Above” śpiewany przez samego Trytona. No i nie można przejść obojętnie wobec optymistycznych mew śpiewających o sobie: „look at me you see this face, in terms of beauty I’m a basket case”, a mimo to „I got positoovity!„.
Jednakże jak to często bywa w takich produkcjach najciekawsze z tego wszystkiego są piosenki czarnych charakterów. Przede wszystkim jest to znana z filmu pieśń „Poor Unfortunate Souls” w oryginalnej obsadzie wykonywana przez znakomitą Sherie Rene Scott (tu śpiewa na żywo). Piosenka jest zupełnie inna niż wersja filmowa, ale bardzo pozytywnie mroczna. Jest też cudowna „Sweet Child” śpiewana na dwa głosy przez dwóch mrocznych pomocników Urszuli a (jeszcze tu wykonana w specjalnym, delikatnie zmienionym kontekście). No i śpiewana przez naszych ulubionych złych „Want the Good Times Back”.

Nie wiem sam co powiedzieć na koniec. Świetna muzyczna wersja kultowego filmu animowanego. Muzycznie to jest znakomity kawał brodłeju, szczególnie dzięki świetnym wykonawcom. Niby nic ciekawego o życiu się nie dowiemy…ale jaka radość ze słuchania!

In The Heights

in_the_heightsJest takie gorące lato. (Jeśli nie, to bardzo proszę – owiń się drogi czytelniku [i czytelniczko!] pościelą, czy tam innym polarem i czuj się jakby był upał). Już? No to czytaj dalej…

Ludzkie opowieści o życiu brzmią czasem tak nieprawdopodobnie. Lin-Manuel Miranda urodził się w Nowym Jorku, ale jego rodzice pochodzili z Puerto Rico, i on sam zawsze czuł się częścią latynoskiej społeczności. Żył sobie spokojnie, pisywał różne rzeczy. W końcu pod naciskiem znajomych złamał się i rozpoczął pisanie sztuki muzycznej o sobie, o swoich znajomych, o życiu latynoskiej społeczności, której przyszło żyć w obcym, a w dodatku najdziwniejszym z najbogatszych krajów świata. US&A. Mniejsza o szczegóły, ale po latach wreszcie jego sztuka trafiła na Off-Broadway. Zachwyciła wszystkich. W marcu 2008 musical pod tytułem „In the Heights” trafił na Broadway. A w czerwcu zdobył mnóstwo nagród, absolutną większość nominacji do nagród Tony, no i zdobyła najważniejszą nagrodę: za Najlepszy Musical.

No dobrze teraz wyjaśniam dlaczego każę Wam wszystkim dusić się pod kocem czytając tą blubrowatą recenzję, otóż In the Heights jest przecudownie latynoskie. A przecież takiej muzyki najlepiej słucha się w gorącą noc, albo upalny dzień. Muzyka to mieszanka gorącej salsy, czegoś latynoskiego co specjaliści nazywają „merengue”, ale też hip-hopu w dużych ilościach, oraz soulu. Jakaż to wyśmienita mieszanka! Senior Miranda potrafi łączyć słowa w stylu iście hip-hopowym, ale doprawia to soczystym hiszpańskim, dzięki czemu słucha się tego żwawo. Historia opowiada o kilku mieszkańcach nowojorskiej dzielnicy Washington Heights. Jest główny bohater Usnavi (grany przez autora-Mirandę) właściciel małego sklepiku z kawą marzący o przeprowadzce na Dominikanę, nieszczęśliwa Nina, która chce zrezygnować z nauki w college’u, biznesmen Benny, Vanessa pracująca w lokalnym salonie urody, Abuela Claudia stara opiekunka Usnaviego, swoista matka całego tego podwórka i wielu innych latynoskich amiericanos. Nagle niezbyt szczęśliwe, ale spokojne życie mieszkańców Heights przeszywa wieść, że ktoś w sklepiku Usnaviego zakupił los loteryjny, który wygrywa 96 000 dolarów… Mjuzikal ten opowiada o samotnym człowieku w kraju pełnym obcych ludzi, o tworzeniu własnej tożsamości z grupą innych sobie podobnych, o tym co każdy dziedziczy po swoich rodzicach, o chwilowych radościach i wreszcie o tym gdzie jest dom (i nie będzie chyba specjalną niespodzianką, że odpowiedzią jest „gdzie serce twoje”).

Ićmy do konkretnych przykładów muzycznych: numer początkowy oprowadzający po okolicy, gorąca mieszanka z nagród Tony (pomieszany utwór pierwszy i „96 000”), płytowe nagranie „96 000” (a fragment tego kawałka wykonywany na scenie można obejrzeć tu). O tym jak niełatwo umówić się z latynoską dziewczyną informuje piosenka It Won’t Be Long Now, zaś o tym jak pięknie było kiedyś opowiada lirycznie wspominkowa Paciencia Y Fe. Na koniec, aby poznać, a może i docenić autora obejrzyjcie przemówienie dziękczynne za nagrodę za najlepszą muzykę.

Musical urzeka latynoskim zapałem, prostymi historiami prostych ludzi, radością mimo nieszczęść, lekkim humorem i dobrym słowem. Polecam gorąco, na rozgrzanie. I na ochłodę. I na codzień.

PS. Na zakończenie można wspomnieć pewną społeczną ciekawostkę: Latynosi są najliczniejszą i coraz liczniejszą mniejszością w USA. Innymi słowy białych-anglosaskich amerykanów będzie coraz mniej i mniej, a ich miejsca nie zajmą murzyni, a właśnie Latynosi. Można więc naciągną nieco wiedzę społeczną i powiedzieć, ze musical ten wpisuje się w znacznie większy trynd, w którym Ameryka zmienia się nieodwracalnie.