Wpis na temat kontrowersyjnego spektaklu, którego nikt nie widział

Bardzo mało czasu poświęcam na interesowanie się sztuką nowoczesną i awangardą. Przecież jestem zjadaczem popkultury. Ale ktoś zaczął głośno krzyczeć, że nie wolno. Więc się zainteresowałem. Innymi słowy, gdyby nie głośne protesty skrajnych środowisk katolickich, gdyby nie biskup Stanisław Gądecki, nie obejrzałbym przedstawienia „Golgota Picnic”. Ale szczęśliwie załapałem się na pokaz specjalny nagrania, w Teatrze Nowym, wydarzenia cichego, przebiegejącego w miłej, spokojnej atmosferze.

„Golgota Picnic” to spektakl awangardowy, ale nie aż tak awangardowy, jak się obawiałem. Tak naprawdę w treści i zrozumieniu tego, co pokazują na scenie, jest dość prosty. Jest też świetnym wsparciem do własnych analiz i przemyśleń. Pomaga zastanowić się nad ludzką egzystencją, w różnych jej aspektach. Jeśli ktoś się chce zapoznać ze spektaklem, ważna informacja jest taka, że nagranie należy oglądać koniecznie z tłumaczonym tekstem, bo w słowie spektakl jest bardzo ważny. W tekście jest też Garcia najlepszy, a jeden z początkowych monologów (ten o muzyce z mp3), wydał mi się wręcz perfekcyjny. „Golgota Picnic” to spektakl wulgarny, pełen ostrych aktów wizualnych. Jest tak dlatego, że pokazuje ludzi (albo nieludzi) na skraju, po końcu świata. Bo jest to sztuka o postapokalipsie. O tym jak patrzeć na to, co mamy teraz, z końcowej perspektywy, gdzie nie ma miejsca już na nic innego poza idiotycznym piknikiem. Jest też w cholerę dużo metafor. Tekst mówi trochę o Jezusie i o sztuce, ale w żadnym miejscu nie obraża obu z tych dziedzin. „Golgota Picnic” to spektakl trudny, bo wulgarność męczy, jest też długi, szczególnie na zakończenie: na koniec pianista gra cały koncert Josepha Haydna „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na Krzyżu”. I tu cudowna była reakcja publiczności, którzy przy każdym przejściu do kolejnej z dziewięciu części utworu, mieli nadzieję, że to już koniec. Jak posiatkowanym konsumpcyjnym społeczeństwem się staliśmy, że nawet kilkudziesięciu minut nie możemy wysiedzieć. W każdym razie, jeśli ktoś będzie miał okazję i ochotę zapoznać się z tym spektaklem, naprawdę warto. Natomiast jeżeli kogoś awangarda nie interesuje, nie ma się czym przejmować.

Jeszcze dwa słowa o protestach. Ktoś, a dla mnie był to biskup Gądecki, być może nie ze złośliwości, a z niedoinformowania, okłamał setki tysięcy ludzi. To kłamstwo trafiło na podatny grunt i wywiodło ludzi na ulicę. A naprawdę nie było o co. Potem pojawiły się jeszcze inne aspekty, na przykład, że jest to pseudosztuka, pseudoteatr, przez co należy tego zakazać. Tu nie rozumiem logiki za tym idącej. To głupie, że jeśli sto osób, które są mało zainteresowane współczesnym teatrem, uznają, że jedno przedstawienie sztuką nie jest, więc nie wolno tego pokazać w teatrze. Pisuar już nie jest tylko jeden z przedmiotów w toalecie. Nie od lat 20. XX wieku. Teraz pisuar też bywa rzeźbą. Bo teraz sztuka robi wiele dziwnych rzeczy i świat sztuki jakoś potrafi doceniać co jest wartościowe, a co nie. I jeśli ktoś się na sztuce nie zna, to oczywiście nie musi się tym zachwycać, ale też nie powinien się oburzać. Bo nie ma o co. I jest rzeczą…po prostu złą, jeśli się komuś działania w sztuce zabrania.

Jeszcze powstanie dobry film Transformers

Jedyna słuszna wizja Optimusa PrimeJeszcze powstanie dobry film Transformers. Media i smutni nerdzi czasem narzekają, że Hollywood zajmuje się już tylko sequelami rebootami. I nie chodzi tylko o adaptacje komiksowe, których wcale nie ma tak dużo (a mogłoby być więcej), tylko w ogóle o tak zwane IP, czyli własności intelektualne, od Terminatora, przez Transformers, po Avatara. To są marki, franszyzy, albo właśnie AjPis, które..utrzymują całe studio filmowe. Dlatego Disney powykupował Marvela i Lucasfilm. Dlatego Fox opiera swoje istnienie w pewnej mierze na sequelach Avatara. Dlatego Paramount będzie nadal robił Transformersy.

Problem w tym, że czasy są nadal niepewne. Kryzys sprzed paru lat nadal mocno martwi Hollywood, które nie chce w ogóle ryzykować. Z tego powodu mainstreamowa amerykańska branża filmowa nie robi już filmów o średnim budżecie. Owszem, czasem mogą zrobić coś małego, za kilkanaście milionów dolarów. Coś na Oscary. Ale cała resztą to MUSZĄ być drogie filmy, za co najmniej kilkaset milionów, przeznaczone dla wielomilionowych widowni. Stąd niektóre analizy mówią, że rok 2015 (wiecie ten, w którym pojawi się każdy ważny film swojej serii, w tym Epizod VII!), może być rokiem, który zbankrutuje Hollywood.

Niestety za tą ilością niekoniecznie idzie w parze jakość. Oczywiście Hollywood łapie się fajnych marek, usiłuje z nich zrobić coś. Niestety czasem polegają sromotnie. Transformers, seria, w której podstawą była osobowość i różnorodność robotów zmieniających się w pojazdy, zamieniła się w film będący serią niekonsekwentnych wybuchów. Wojownicze Żółwie Ninja doczekały się fantastycznego serialu, ale Hollywood spróbuje teraz zagłuszyć go mroczną wersją kinową (w której Shreder wygląda jak scyzoryk). Mówi się trudno. To prawdopodobnie będzie kupa, ale niestety wyniki finansowe nie są wyraźnie powiązane z jakością. Oczywiście są Avengersi, którzy moim zdaniem doskonale wypełniają jakość i klimat komiksu superbohaterskiego, i którzy sprzedali się świetnie. Ale seria Transformers dobrze pokazuje że film nie musi być dobry (36% na RotenTomatoes za ostatni sequel), żeby się sprzedał (350 mln $ w US, 770 mln $ na świecie). Z kolei niedawna premiera „Na skraju jutra” z Tomem Cruisem pokazał, że film nie musi się sprzedać (tylko 60 mln w US, 180 mln gdzie indziej), nawet jeśli jest dobry (90% na RotenTomatoes).

Co ja chciałem z tego całego bałaganu wynieść. Jak zwykle nadzieję. Otóż nastąpiła hollywoodzka Era Nerda. Filmy będą robione tak jak komiksy. Według różnych wizji, przez różnych twórców, w różnych stylach. I nie chodzi tylko o filmy superbohaterskie. Część z filmów będzie dziać się w jednym świecie, ale jednolity świat nie będzie aż tak spójny, bo kto potrafiłby nad tym zapanować. Z resztą „kanon” X-Menów też jest poważnie zakłócony, a nie zakłóciło to w żaden sposób samym filmom. To będą ciągle te same marki, ale być może skrajnie różnym klimacie. Będą powstawać różne wizje, różne nastroje. I oczywiście wiele z nich będzie bardzo słabych…ale to w porządku. Bo kiedyś, choćby przez przypadek, dziwnym zrządzeniem losu, być może wbrew woli producentów (wreszcie)…powstanie dobry film Transformers.

''Man of Steel' jest miałki

Superman wg Alexa Rossa Jak już wrzucam wszędzie to mogę też tu. Choć biorąc pod uwagę ilość głupot publikowanych przeze mnie na blogu wpisów dokładnie na ten temat, wychodzę na specjalistę od Supermana. A przecież nawet niespecjalnie lubię DC! Ale nicto, dotrwaliśmy do filmu „Man of Steel”. Jaki to film? Coż..

Jak pisałem już kiedyś, bardzo nie lubię nolanowskiej wizji Batmana, nie ufam też Davidowi Goyerowi, ale lubię Scotta Syndera, więc byłem ciekaw co wyjdzie z połączenia ich bardzo różnorodnych stylów filmowych. Niestety efekt okazał się być zaledwie mierny, „Man of Steel” to nie jest ani dobry film, ani szczególnie świeże spojrzenie na Supermana.

Film jest ciężki, tym samym usiłuje naśladować Mrocznego Rycerza, tą swoją nieporadną narracją, skokami w chronologii, „realistyczną” psychologizacją postaci. Niestety okazuje się, że za tym pozornym spoważnieniem gatunku superhero, kryje się rzecz mierna, w dodatku nie oparta w żaden sposób o komiksy. To co podnosi poziom filmu o jeden punkt oceny wyżej to finałowe widowiskowe zniszczenie, czyli ostatnia godzina filmu, która może nie ma do końca sensu, ale wygląda bardzo ładnie. Szczególnie pojedynek w Kansas, dwóch kosmitów na jednego Supka, oglądało się naprawdę fajnie. To, że w finale ginie tysiące ludzi jeszcze kupuję, najazd wrogo nastawionych kosmitów to powinno być po części kino katastroficzne. Gorzej, że w związku ze zniszczeniami na koniec okazuje się, że Superman to niemoralny knur, ponadto najpierw się męczy z przeciwnikiem, a potem nagle szybko sobie radzi. Treściowo miałkie, ale ogląda się to nieźle.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że choć widowisko jest niezłe, niestety jest to wizualnie dość wierna reprezentacja współczesnego kina akcji, i jak dla mnie jest to klęska gatunku filmowego. Wszystko opiera się o trzy punkty: trzęsąca się kamera, bardzo krótkie ujęcia, i taniej jakości CGI. W ten sposób pokazywane są drobne pojedynki, chociażby początkowe napieprzanie się Zoda i Jor-Ela, ale też gigantyczne sceny akcji, wybuchy. Pokazywane tak, żeby widza omylić, nie pokazać mu konkretnego. Co ogółem jest przykre.

Hans Zimmer muzycznie w sumie zanudził, poza naprawdę fajnym tematem z trailera i silną sekcją rytmiczną. Przeciętna reżyseria spowodowana jest bardzo słabym scenariuszem, w którym Superman zamiast być wzorem, ideałem do którego się wszyscy odnoszą, jest zwykłym, nieco złośliwym dziwakiem. To jest też kolejny superbohaterski film nie dla dzieci, nie z powodu przemocy, ale z przewijającej się nudy, brak jakiegokolwiek poczucia humoru.

Przy całym tym zamieszaniu aktorzy nie są źli: Henry Cavile jest napakowany i sympatyczny, na tyle na ile pozwala mu na to scenariusz (ale ten nie pozwala mu na wiele). Amy Adams jako Lois Lane nie jest zła, choć nie rozumiem, czemu nie mogła być brunetką. Jej podstawowym problemem jest brak bardziej rozbudowanej osobowości, jest obecna w większości scen, czasem bez żadnego szczególnego powodu, tylko, żeby Sup mógł z kimś porozmawiać. To, że Perry White jest czarny mi nie przeszkadza (choć w prawdziwym świecie musiałaby jakoś wyrazić się ironia kontrastu między jego kolorem twarzy i nazwiskiem), ale to, że nosi w uchu kolczyk, że niby redaktor naczelny czołowej gazety w Ameryce, nosi diament w uchu, to hollywoodzka bzdura i najbardziej fantazyjny pomysł tego filmu. W tle pojawiają się całkiem sympatyczni Boyd z Dollhouse’u, Mr. Gaeta z BSG i Tahmoh Penikett z obydwu seriali. Kevin Costner i Russel Crowe mnie jednakowo irytowali, obaj zdawali się być znudzeni swoją obecnością w filmie, ich role też są nieszczęsne, ale o tym za chwileczkę. Jasnymi punktami w filmie były dwie damy: Diana Lane naprawdę urocza Ma Kent i nadzwyczaj charyzmatyczna Antje Traue w roli niebezpiecznej Faory.

Teraz ponerdzę trochę bardziej spoilerowo, bo przede wszystkim ten film fabularnie popełnia kilka rzeczy niewybaczalnych.

Pa Kent jest amoralnym fanatykiem – to dla mnie największy błąd tego filmu, niewybaczalna pomyłka twórców, która całkowicie psuje postać Jonathana Kenta, ale tym samym samego Klarka. Superman jest kosmitą i to daje mu supersiły. Ale nie dlatego jest wzorem superbohatera, do którego wszystkie kolejne komiksy się odnoszą. Superman jest idealny, ponieważ jest prostym człowiekiem wychowanym przez miłych, uczciwych, szlachetnych, najczystszych moralnie rodziców, jakich nosi Ziemia: Martę i Jonathana Kentów, z okolic małego miasteczka w Kansas. Już przy zwiastunie, kiedy Pa Kent na pytanie „Co miałem zrobić, pozwolić im zginąć”, odpowiada „Może”, miałem ochotę krzyczeć głośno, ale wolałem poczekać, może to tylko trik montażu. Ale nie, faktycznie Goyer zmienił komiksowy wzór ojcostwa na filmowego moralnie zepsutego fanatyka, który przekłada do końca nieokreśloną wiarę w przyszłość adoptowanego syna nad życie niewinnych ludzi. Na dodatek stary Kent jest jednowymiarowy, jedyne co sobą reprezentuje to pesymizm i brak nadziei w ludzkość. Kiedy braknie podpory moralnej jaką jest Pa Kent, młodemu Kal-Elowi brakuje wzoru do naśladowania, przestaje być harcerzykiem, a staje się tylko osiłkiem. Wędrując po Ameryce Klark staje się chamem, gdy na przykład niszczy jednemu umiarkowanie niewinnemu kierowcy ciężarówki cały dobytek, wraz z przewożonym towarem, który najprawdopodobniej nawet nie był jego, tylko po to, żeby dać mu nauczkę. Tym samym Nolan po raz kolejny prezentuje superbohatera, który nawet na moment nie przejął by się nieszczęśliwą staruszką i jej zaginionym kotem. Bardzo złe, nieodpowiednie. No i z tą postacią wiąże się najgłupsza scena śmierci w historii współczesnego kina.

To co zupełnie niepotrzebne w tym filmie, to nowa mitologia Kryptonu, w której Kryptonianie są sztucznym, genetycznie kontrolowanym społeczeństwem, tworzonym według ustalonego kodu genetycznego. Którzy pominęli trochę umiejętność lotów kosmicznych, ale okiełznali lokalne latające jaszczurki. Co ciekawe „realistyczny” film nawet nie spróbował wyjaśnić dlaczego z całego rozsypującego się Kryptonu można było ewakuować tylko jedno niemowlę. Wracając do sklonowanego (choć nie składającego się tylko z klonów) społeczeństwa, Codex to w ogóle niepotrzebny i konfudujący makgaffin, niejasne jest dla mnie dlaczego informacje genetyczne przechowywane były w jednej skamieniałem czaszce, i w jaki sposób informacje przeniesione do pojedynczych komórek Kal-Ela miałyby doprowadzić do powstania nowego Kryptonu. Codex jest tu szczególnie ciekawym przykładem nowego tworu w kinowej fantastyce, bo…nie wiadomo co to jest. Problem leży chyba w tym, że filmowcy zamiast sięgać do źródeł, próbują niepotrzebnie wymyślać zupełnie nowe rzeczy. W Marvelu nikt nie próbuje wyważać otwartych drzwi, tesserakt jest o tyle prosty, wystarczy wiedzieć, że jest przedmiotem magicznym o wielkiej mocy.

Jor-El jako pendrive – tu dotykam scenariuszowego prostactwa, które na studiach i warsztatach pisarskich byłyby pewnie wyszydzane, ale w Hollywood jakoś przechodzą: jest żenującym wygodnictwem dopisać do filmu postać, która jest: nieśmiertelna, wszechpotężna, wszechwiedząca, i która, w sumie w dość losowych momentach filmu, pomaga głównym bohaterom. Tymczasem Jor-El uploadujący swoją „świadomość” do kolejnych kryptońskich statków jest właśnie takim dżinnem, który pomaga głównym bohaterom…ale tylko do pewnego stopnia, a potem w pewnym momencie, z resztą kosztem słabego żartu („Przechyl głowę w prawo”), niemal zabija Lois Lane. No i ma jakiś plan wobec Kal-Ela, jaki do końca chyba nikt nie wie, ale śmiem twierdzić, że również niezbyt dobry, skoro ma być zbawcą i liderem tych ludzkich małp. A właśnie, tak apropos Superman to Chrystus, jakby ktoś nie wiedział, topornie ma to narzucone kilkukrotnie, bez szczególnego stylu, oraz bez konkretnych wniosków.

Drobny seksizm w tle – wiadomo, że jest to film o muskularnym facecie, ale to nie tłumaczy dlaczego w filmie kobiety głównie przeszkadzają. O nijakości Lois już pisałem, a poza nią w filmie jest jedna asystentka Daily Planet…która wpada w tarapaty i Perry White musi ją ratować (i to przez nią prawie ginie), oraz asystentka pana generała, która w swoich dwóch jedynych scenach wykazuje się całkowitym brakiem profesjonalizmu, najpierw nie wiedząc co to terraforming, a potem rzucając finałowy żart „i just think he’s kind of hot”. Poważnie nie śmieszne. To drobne, ale tak bardzo irytująco głupie, że naprawdę nie rozumiem czemu musiało się znaleźć w filmie XXI wieku.

Siostra kazała mi się prześmiewać z wizji Supka stojącego na stosie czaszek, ale to akurat mi się całkiem podobało.

Ogółem więcej tu niedobrego niż dobrego, dlatego nie mógłbym dać więcej niż 4/10.

PS. Oczywiście, naturalnie. Nastoletni Klark czyta Platona. 🙄

Dwugłos o gruszkach

Moje postępujące rozmemłanie trochę mnie dręczy. Mam na przykład rozgrzebanych już kilka nadmiernie interesujących notek na bloga, ale coś nie mogę się nimi zająć. Z resztą nie tylko nimi, mam też wiele innych tekstów na inne miejsca. Podobnie jak z kilkunastoma napoczętymi książkami, serialami telewizyjnymi i toną podkastów w kolejce. O czym z resztą też chciałem kiedyś napisać. Ale ja nie o tym. Wbrew pozorom nie chciałem pisać wpisu depresyjnego związanego z brakiem czasu, tylko nieudolnie zasegwayować*, że żonglowanie wieloma sprawami prowadzić może do wielu głosów, a najmniejszy wielogłos, to dwugłos, a dwugłos to ciekawa forma Arcyciekawej Aranżacji.

Czyli o tym jak powstanie piosenka będąca bezpośrednią odpowiedzią na inną piosenkę, a czasem przy okazji ciężką satyrą na treść tej poprzedniej. Po raz kolejny w dziale przedstawiam Wały Jagiellońskie, ale wcześniej Maryla. Lubię Marylę, bo mimo pewnej przaśności i festiwalowości, potrafi ona przez całą karierę tworzyć rzeczy znakomite, a przy okazji potrafi być prawdziwą polską gwiazdą country. Ale tym razem grusza polska i jej problemy względem leżenia. ‚Nuff said. Zapraszam do słuchania.

* Anglojęzyczne segue jako pojęcie śródtematu prowadzącego od jednego do drugiego tematu to znakomity wynalazek, zasługujący na polską wersję. Tylko nie wiem jakie by to miało być słowo. Segłej?

Buffy: Postrach wampirów

buffy..czyli o najlepszym serialu telewizyjnym w historii ludzkości.

„Buffy: Postrach wampirów”. Jeszcze rok temu ten tytuł kojarzył mi się tylko z późniejszym dzieciństwem, w którym obejrzałem już w telewizorze wszystkie możliwe odcinki „Drużyny A”, czy „Wojowniczych Żółwi Ninja”, więc znacznie zmniejszyłem ilość oglądanej telewizji. Nigdy nie miałem w pokoju własnego telewizora, więc nie miałem okazji na załapanie się na seriale typu „Beverly Hills, 90210”, „Sabrina, nastoletnia czarownica”, czy wszystkie te kultowe kreskówki z Cartoon Network. Dlatego też Buffy, już od samego tytułu, szczególnie tego „postrachu wampirów” bawił mnie wtedy, kojarzył się z tandetnym serialem dla nastolatek, w którym nudna blondynka biega dużo po ekranie.

I dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że serial ten stworzył Joss Whedon, którego dzieła, od scenariuszy filmowych, przez komiksy, po seriale telewizyjne, są zazwyczaj wybitne. Że serial „Buffy” przez wielu miłośników (i miłośniczek) fantastyki na całym świecie jest uznawany za jedno z najwybitniejszych dzieł fantastyki. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że wśród profesjonalnych amerykańskich scenarzystów Buffy również uznawany jest za klasykę gatunku i rewolucjonistę telewizji. Wreszcie zaledwie kilka miesięcy temu sam przekonałem się, że Buffy to jest wybitny serial. Z pewnością jeden z wybitniejszych jakie kiedykolwiek powstały.

Jeśli chodzi o gatunek telewizyjny, to moje młodzieńcze podejrzenia nie były znów tak oddalone od rzeczywistości. Nastoletnie problemy głównych bohaterów są dość istotnym elementem tego serialu, ale przede wszystkim jest to opowieść o radosnej walce ze złem, o radzeniu sobie z różnymi problemami, i najważniejszym morałem: że w każdy, nawet najgorszy horror, można uderzyć toporem.

Najciekawsze w całym tym serialu są silne i barwne postaci, z których najnudniejsza bywa czasem główna bohaterka: niepewna, zakochująca się w nudnych facetach, później Wybraniec, ale zawsze po prostu zwyczajny bohater. Dla mnie dużo ciekawsze rzeczy można zobaczyć w tle, gdzie, na przykład, młoda ruda nieśmiała dziewczyna z czasem zamienia się w jej przeciwieństwo, w silną, niezależną…postać (bez spoilerów). Tak, z pewnością Willow, grana radośnie przez Alyson Hannigan, jest jedną z moich ulubionych postaci, ewer. Albo Xander, bohater czysto komediowy, z czasem staje się jedynym zwykłym człowiekiem w tłumie ponadludzkich postaci…i jakoś z tym musi sobie radzić. Przez siedem sezonów scenarzystom udało się stworzyć kilkadziesiąt wybitnych postaci, których losami naprawdę widz się przejmuje, których przez lata najpierw się nienawidzi, a potem szczerze pokochuje. Nie jestem zainteresowany chłopcami, więc niespecjalnie zajmował mnie prześliczny wampir Angel, ale spinoffowy serial z jego udziałem bierze też pod uwagę inne świetne postaci wprowadzone w Buffy, więc ten drugi serial też jest całkiem niezły, choć trochę mroczny.

Barwne postaci mogą jednak świecić przede wszystkim dzięki wybitnym scenarzystom i genialnym scenariuszom prowadzonym przez Whedona. Barwny język, cięty szybki humor, zgrabne nawiązania do popkultury, ciekawi złoczyńcy i epicko rozpisane fabuły rozciągnięte na całe sezony, pozwalają na wiele dobrych historii. Jednak prawdziwy geniusz serialu można zobaczyć dopiero w szczególe, gdy z czasem kolejne cechy, albo fakty z przeszłości różnych postaci, wychodzą na wierzch. No i w takich odcinkach, w których zwykłe wymyślenie kolejnego magicznego potwora pojawiającego się w szkole średniej nie wystarczało, więc scenarzyści silili się na rzeczy zupełnie nowe. Tak powstały odcinki: o czekoladzie przenoszącej umysły dorosłych do czasu ich młodości, o alternatywnej rzeczywistości rządzonej przez wampiry, o rzeczywistości magicznie zmienionej tak, by fajtłapowaty nerd był mistrzem świata we wszystkim, o traumie związanej ze śmiercią bliskiej osoby, o demonach kradnących dźwięk (więc przez większość odcinka nikt nie mówi ani słowa), albo o demonie zmuszającym innych do…mjuzikalowego śpiewania. Każdy z nich jest perełką.

I serial też jest perełką. Nie twierdzę, że każdy musi go obejrzeć. Każdy musi obejrzeć „Firefly”. „Buffy” ma swoje problemy (irytująco depresyjny sezon 6), a lekki ton i hajskólowe problemy bohaterów też nie wszystkim się muszą podobać. To wyzwanie, serial nie jest krótki, ale potrafi być uzależniający. Jeżeli ktoś się jeszcze waha to ja polecam gorąco, bo „Buffy” to jest najlepszy serial telewizyjny w historii ludzkości (…a w każdym razie w pierwszej pięćdziesiątce na liście, na pewno po „Drużynie A”, „Firefly”…i pewnie kilku innych).