czekam na

Uwielbiam trailery. Wszystkie. Jak leci. To taka moja mała pasja.

Taki trailer to z resztą znak naszych czasów: krótki, szybki, zmontowany w stylu zwanym przez wszystkich dziennikarzy „teledyskowym”, z głośną muzyką i – zazwyczaj – kilkoma śmiesznymi scenkami na koniec. Nie przypuszczam, żeby trailery miały kiedykolwiek całkowicie zastąpić pełnometrażowe filmy, ale dla mnie takie zwiastuny są znacznie od nich ciekawsze, a zazwyczaj również lepsze, niestety. Film trwa przeciętne dwie godziny, których nigdy nie mam. Film nie zawsze da się obejrzeć, film może męczyć, choć – dla równości szal – może też porwać. A trailer to 2-minutowa przyjemność, to taki miły fast-food dla oka. Jedynym kłopotem trailerów jest Hollywood, które ustanowiło dobre standardy tworzenia zapowiedzi filmowych, lecz niestety jednocześnie w tych jednych konkretnych ramach się zamknęły. Tym samym teraz większość zapowiedzi filmowych robi się na jedno nieznośne kopyto. Lecz mimo to sztuka – nazywajmy rzeczy po imieniu – sztuka traileru zachwyca mnie, a przy okazji bawi.

UPDATE 2011: Ostatnimi czasy drastycznie zmienił się mój pogląd na zwiastuny filmowe, coraz rzadziej je oglądam i coraz mniej zachwycam, ponieważ w moich oczach sztuka tworzenia zwiastunów filmowych coraz niżej upada. Trailery pokazują zbyt dużo i bardziej psują seans kinowy niż zachęcają do oglądania. Mimo to jest jeszcze parę filmów, na które czekam, więc listę oczekiwań pozostawiam, dla własnej przyjemności.

Oto lista filmów, na które czekam, oraz tych, których trailer mnie zachwycił:

  • Hobbit – Zwiastun do Hobbita to arcydzieło tego minigatunku, po pierwsze śliczne zdjęcia, znakomite budowanie napięcia, a przede wszystkim…krasnoludy śpiewają. Jeżeli krasnoludy śpiewają, to znak, że będzie conajmniej dobry film.
  • In the Heights – czyli hollywoodzka adaptacja jednego z najlepszych musicali, gwiazdy broadwayowskiej 2008. Wiadomo. Nie ma co gdybać, będzie wybitnie, a Lin Manuel Miranda dostanie Oscara, zobaczycie.
  • She Hulk – kiedyś muszą zrobić o niej film, no come on. Nie przestanę czekać.
  • Earth – dokumentalny film BBC. Czy trzeba lepszej rekomendacji? Twócy genialnych seriali dokumentalnych „Deep Blue” i „Planet Earth”. Czy trzeba coś więcej pisać? Wśród twórców sam wielki David Attenborough. Czy muszę jeszcze kogoś zachęcać? To na zachętę: narratorem ma być Patrick Stewart.

Czekałem na:

  • Super 8 – J. J. Abrams – tworzy kinematograficzny hołd dla familijnych filmów SF z końca lat 70., a pomaga mu w tym twórca tamtych filmów, niejaki Steven Spielberg. Już w zwiastunie słychać klasyczną muzykę i czuć ten specyficzny klimat tych filmów. Może być przepysznie.
    Czy warto było: I było pysznie, choć było też nierówno. Ten film jest pełen magii dzięki znakomitej dziecięcej obsadzie, tylko tego potwora niepotrzebnie dali.
  • The Avengers – ultymatywny film komiksowy, pierwszy kinematograficzny team-up superbohaterów. Plus Joss Whedon reżyserem.
    Czy warto było: Łał. Po prostu łał, czasem nie spodziewam się, że coś co mogłoby być hitem, powinno być hitem i chciałbym, żeby było hitem, jest prawdziwym hitem. A tutaj taka miła niespodzianka. Avengersi to arcydzieło gatunku, IMO najlepszy i najbardziej przypominający współczesny komiks film superbohaterski. Cieszę się radością Jossa ;).
  • Watchmen – Uwielbiając komiksy ogółem, ale w ogóle nie znając komiksowych „Strażników”, z dużą dozą sceptycyzmu oglądałem pierwszy trailer filmu…i wsiąkłem. Zwiastun zachwycił mnie od razu i to absolutnie. Świetnym montażem, idealnym dopasowaniem do pięknej muzyki, paroma świetnymi tekstami. Potem zapoznałem się co nieco z komiksem i…to może być najlepsza adaptacja filmowa komiksu ever. Czy będzie bosko? Reżyser zapowiedział już, że pełna wersja filmu powinna mieć jakieś 3h 40 min, więc to dopiero będzie miłe wyzwanie dla seansów DVD.
    Czy warto było: Warto. Ten film warto oglądać w każdej, najbardziej nawet reżyserskiej, wersji. To epickie widowisko, miejscami nieco plastikowe i sztampowe, ale dzięki temu jeszcze bardziej oddające oryginalny komiks. Dzieło wybitne.
  • The Last Airbender – Czyli kinowa adaptacja fantastycznego serialu animowanego „Avatar: The Last Airbender”. Za reżyserię bierze się M. Night Szalamanajan (ten od „Szóstego Zmysłu”), a zdjęcia zaczynają się w marcu ’09, premiera planowana jest dopiero na lipiec 2010. I to może być film tego odległego roku 2010. Potencjał ma megapotężny, nie przesadzam specjalnie mówiąc, że mogą to być Gwiezdne Wojny nowego wieku.
    Czy warto było: Niestety nie warto, Szalamajajan okazał się być szaleńcem i nieudacznikiem, dialogi niedobre, obsada niedobra, magia świata czterech elementów gdzieś zniknęła, a widzom pozostaje powrót do wybitnego serialu animowanego.
  • Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki – legenda powraca. Czy wróci w chwale, czy w stylu odgrzewanego kotleta? Okaże się zaraz.
    Czy warto było: Indy wrócił i to dobrze. Jednak ani nie była to chwała, ani odgrzewany kotlet. Z jednej strony najlepsze kino przygodowe roku, z drugiej niestety tylko rozkomputeryzowane wspomnienie genialnego dr. Jonesa. Mimo to warto dla kilku uroczych scen.
  • Hellboy II: the Golden Army – kolejny powrót. Czerwony rogościęty Demon, wraz ze swoimi dziwacznymi przyjaciółmi znów będzie ratował ludzkość. I przeklinał.
    Czy warto było: Hellboy dwa to wyśmienity film, nie tylko opowieść o Piekielnym Chłopcu, ale i o kawałku cudownie magicznego świata. Warto było.