Legenda Korry: Księga 2 – co mogło być, a co jest

korra2Bardzo przyjemnie piszę się o czymś fajnym, a jeszcze lepiej recenzuje i analizuje się coś, czego się szczerze nie lubi. Najtrudniejszym zadaniem dla skryby, krytyka-amatora, pisacza tekstów niepotrzebnych, jest próba zrecenzowania takiego dzieła, któremu życzy się jak najlepiej. Dzieła, które chciałoby się, żeby było znakomite, a jest…niekoniecznie znakomite.

Ten wstęp zapowiada, że moja opinia na temat drugiej księgi Legendy Korry jest przynajmniej niejednoznaczna. Nie ukrywam, że uczucia mam mieszane, ale z pewnością nie są one gorączkowo negatywne. Legenda Korry powraca i jest jakby bardziej baśniowa, zdecydowanie mniej urbanistyczna, a przy tym mam wrażenie po prostu dość zagubiona.

Sezon zaczyna się w nastroju Księgi pierwszej, główni bohaterowie starają się żyć szczęśliwym życiem po pokonaniu złoczyńców z księgi pierwszej. Poznajemy odrobinkę bliżej Plemię Południa Wodnych Benderów, gdy Korra natrafia na swojego wujka, który podpowiada jej w jaki sposób zmierzyć się z zupełnie nowym czyhającym niebezpieczeństwem, jakim stają się duchy. Bo oto duchy, albo Spiryty, zaczynają nawiedzać i nękać coraz bardziej cywilizowane osady w całej krainie. Dość szybko okazuje się, że choć wujek Korry wie dużo o tajemniczych złych mocach, niekoniecznie stoi po prawidłowej stronie mocy i trzeba będzie przeciwko niemu zorganizować wojnę. Awatar staje w sporze z władzami Stolicy, ponieważ gorączkowo usiłuje znaleźć sobie sojuszników, którzy pomogą jej w pokonaniu złego wuja.

…i gdzieś w czasie trwania całej tej akcji przekonujemy się, że wszyscy nasi ulubieni bohaterowie zachowują się jak chamy. Że są to samolubne, gburne, nieżyczliwie i zwyczajnie niesympatyczne postacie. Korra biega od generała do prezydenta, szukając u kogoś aprobaty wobec wojny, Bo-lin traktuje przedmiotowo swoje dziewczyny i zachowuje się wrednie w stosunku do brata, brat daje się zrobić jak małe dziecko i zrywa z Awatarem, prezydent Republiki zachowuje się jak tchórzliwa Obama, a Szefowa policji nie potrafi nic, ani zachować bezpieczeństwa, ani prawidłowo nadzorować swoich pracowników. Nawet wnuki Aanga nie uchowały się od plagi gburstwa i w jednym odcinku znęcały się nad jedną z sióstr.

A potem nagle dzieje się coś dziwnego. Korra zaatakowana przez szczególnie potężnego Spiryta trafia na ducha pierwszego Avatara…i wtedy przenosimy się do dwuodcinkowej retrospekcji o tym, jak powstał pierwszy Avatar. W niemal godzinnej inspirującej opowieści poznajemy w jaki sposób żyła ludzkość na początku cywilizacji, i skąd mieli możliwość władania nad elementami. To dwa genialne odcinki, w przepiękny sposób snują swoją legendę, z resztą zrobione w zupełnie innym stylu animacji. Bardziej doświadczeni oglądacze zauważa tu inspiracje Potęga Mitu i ogólnie przekazów mitologicznych różnych dawnych kultur. Potem na chwilę wracamy do rzeczywistości, gdzie wszyscy główni bohaterowie nadal zachowują się wrednie. Potem znów pojawia się podróż Korry do świata Spirytów i znów robi się magicznie, mistyczne przejście do innego świata, w który istnieje bez mocy elementów. I koniec sezonu, nieco zaskakująco, staje się nadzwyczaj epicki. Jak Dragon Ball, albo Naruto. Innymi słowy epicki na równi z niejednym przygodowym anime. I to jest naprawdę dobre, bardzo fajnie się ogląda. (A złowrogi potwór z finału bardzo mocno przypomina złowieszczego Aku z Samuraja Jacka).

Ostatecznie księga druga legendy o Awatarze Korrze wypada dość interesująco, jest z pewnością jednym z lepszych przedstawicieli gatunku. Serial wciąż miewa świetne momenty postaci. Bo-lin pozostaje szczerze śmieszną postacią, podobnie jego narzeczona, a wnuki Aanga są doprawdy przeurocze. Niestety najczęstszą myślą jaka miałem oglądając serial było „Kurczę, ale przecież w Ostatnim Airbenderze też był taki odcinek z tym i z tym, ach jakie to było fajne.” A tu niestety aż takie fajne nie jest.

Dodaj komentarz