Nie ćwierkam

Nie ćwierkam. I nie kumam. Choć lubię, a może i kocham internet, chociaż specjalnie nie kryję swojego odeń uzależnienia, ale nie wszystkie nowe trendy łapię w mig. Z resztą blogowania też przez długi czas nie chciałem polubić. Ale już mikrobloging i ostatnia euforia towarzysząca serwisom takim jak Twitter, czy Blip jest dla mnie zupełnie nie do pojęcia. Jeszcze tradycyjne serwisy społecznościowe pokroju Facebooka mogę pojąć, ot ludzie przesyłają sobie różne badziewia, maile, zdjęcia, komentują i oceniają. Proste. Ale co można zrobić z zaledwie 140 znakami? Po co komu informacja, że zjadłem dobrą zupę i dlaczego właściwie miałoby mi się chcieć o tej dobrej zupie pisać? Po co komu nieco inna wersja gadu-gadu i alternatywna zabawa w statusy? Po co uzależniać się od nowego tworu, który tylko jeszcze bardziej zajmie mi czas?

Ale ludzie lubią sobie zajmować czas, więc twittują. Każdy ćwierka o życiu i całej reszcie, oraz obowiązkowo zaprzyjaźnia się z gwiazdami i śledzi każdy ich krok. Najważniejszym z celebrytów Twittera jest pewnie Ashton „Kelso” Kutcher, zakochany w tej technologii, ma rekordowe ponad 3 miliony śledzących go fanów (dla porównania CNN ma niecałe 2,5 mln). Ale nie jest sam, albowiem poprzez Twittera z całym światem łączą się liczni aktorzy, reżyserzy, dziennikarze, twórcy, projektanci, producenci i ekonomiści (choć ci ostatni chyba najmniej). W dodatku właśnie tą drogą coraz częściej przekazywane są nowe niusy i przełamujące świat wiadomości. Świat oszalał.

Ale największej głupawi na punkcie Twittera dostały zachodnie media. Data ważności informacji wciąż się zmniejsza, teraz można już nie tylko komentować wszystkie oglądane i czytane niusy, można też je uzupełniać, zaprzyjaźnić się z ich twórcami a także…samemu podawać swoje. Szczytem było zapatrzenie mediów w Twittera podczas irańskiej zamieszaniny w sprawie wyborów. Ale również na co dzień papierowy New York Times, czy najsłynniejszy w telewizji CNN bawią się Twitterem we wszelkie możliwe strony: biedni dziennikarze, najlepsi w swej branży, zmuszani są do czytania wypocin ćwierkających użytkowników o idiotycznych ksywkach, byle tylko zaprzyjaźnić się z widzem: video (na temat zaczyna się tak od 3.30).

Oczywiście Ćwierkacz to zaledwie kolejna internetowa moda, która szybko przyszła i pewnie szybko się rozmyje. Jak to ładnie powiedział w niedawnym wywiadzie dla Gazety Wybiórczej doktor Jeffrey Cole, który od dawna bada rozwój internetu kolejne serwisy społecznościowe mają pewien problem – syndrom nocnego klubu:

„Problem polega na tym (…) że serwisy społecznościowe są jak nocne kluby. A one nigdy nie pozostają popularne zbyt długo. Pierwsi użytkownicy są cool, jest też pewien magnes w tym, że mogą polecić klub znajomym. Ale kiedy wokół zaczyna się pojawiać zbyt wiele nieciekawych osób, robi się zbyt tłoczno, wychodzą na poszukiwanie nowego miejsca.
Jeszcze dwa lata temu MySpace miał dwukrotnie więcej użytkowników niż Facebook. Dziś sytuacja jest odwrotna.”

Jednak póki co sukces Twittera rośnie coraz wyżej, kto wie może nawet mocno zakorzeni się też w polskim internecie? Z pewnością jednak jeszcze trochę potrwa nim się on wszystkim przeje. Co pokazuje, że ludzkie gusta i moda jest nieobliczalna, a internet jest najdziwniejszym, najbardziej nieprzewidywalnym…i najciekawszym medium na świecie.

3 komentarze do wpisu „Nie ćwierkam

  1. Zgadzam się w stu procentach.Sam również długo przekonywałem się do bloga, ale teraz dosyć często coś piszę i jestem z tego zadowolony. Twitter? Blip? O, nie dzięki, bo to profanacja bloga; osobiście nie uznaję nawet photoblogów, strasznie mnie kłują w oczy, ale to jest już przesadą. Nie widzę żadnego sensu w publicznym pisaniu o tym, że właśnie siedzi się w KFC czy pije się piwo nad rzeką.Ech, a może jestem po prostu staroświecki i nie mogę się szybko dostosować do nowych trendów?

  2. Ja też nie ćwierkam, ale tak jakby rozumiem. I myślę, że to wcale nie jest moda która szybko przeminie. Zanim był mikrobloging były statusy opisowe w komunikatorach internetowych. Każdy z nas ma chyba na liście kontaktów osoby które dbają o to, abyśmy byli na bieżąco z ich życiem. Czego by o tym nie myśleć (no dobrze, nie będę ukrywał co myślę o opisach/tweetach typu „szałerek”), są pośród nas ludzie którzy lubią widzieć, że ich życie jest w jakiś sposób zauważone. A tak przy okazji, jeśli nie widziałeś flakera (http://flaker.pl/), to nic jeszcze nie widziałeś. Google zaś uruchomiło niedawno usługę polegającą na lokalizowaniu Twoich_znajomych na mapie przy użyciu ich telefonów komórkowych (tak, telefon komórkowy pozwala nas zlokalizować).

    Jeśli chodzi o koneksje mediów i twittera – tradycyjne media nie mają innego wyjścia. Jest spory nacisk na błyskawiczność zaserwowania świeżutkiej informacji prosto z krzaka – na szarym końcu są papierowe gazety które, jeśli akurat nie bankrutują, to właściwie nie funkcjonują bez e-wydania; co więcej – dorasta nam powoli Pokolenie JUŻ które za nic w świecie nie przekona się do takiej archaicznej formy pozyskiwania informacji (a co ich obchodzi co stało się WCZORAJ, skoro na twitterze świat zmienił się już dwa razy od tego czasu?). Pamiętam, że kiedyś lekkim wstrząsem były dla mnie pierwsze twitterowe „relacje na żywo” z samego środka jakiegoś Wielkiego Kataklizmu – nie pamiętam dokładnie co to było, ale pierwsze zdjęcia i filmy miał właśnie twitter (Katrina była już chyba pierwszym huraganem 100% LIVE).

Dodaj komentarz