Arcyciekawe Aranżacje – edycja świąteczna

O gwiazdkowych utworach, czyli tak zwanych piosenkach z dzwoneczkami, pisałem już kiedyś i pisać mógłbym nadal, godzinami. I niewykluczone, że będę, a co. Ale najpierw napiszę o jednej z najciekawszych dla mnie amerykańskich piosenek związanych ze Świętami Bożego Narodzenia o niezwykle oryginalnym tytule „Christmas Song”. Powstała w 1944 roku, żeby było śmieszniej – jak głoszą legendy – w samym środku lata, w sierpniu. Jeden z kompozytorów stwierdził, że napisał ją, aby „ochłodzić się myśląc o chłodzie”. Piosenka dosyć w sumie prostolinijna, z uroczo prostą puentą, że życzymy Merry’ego Christmasu. Ileż ludzi ją śpiewało! Można bez specjalnego ryzyka powiedzieć, że właściwie wszyscy, od Franka Sinatry po Chrysię Aguilerę. Łatwiej byłoby chyba wymieniać artystów, którzy nie zaśpiewali tego utworu. Można by godzinami słuchać różnych wersji jednego, niemal banalnego utworu, o nastroju świątecznym (daje to z resztą szansę na zaoszczędzenie czasu, jeśli jednocześnie się godzinami pisze się o piosenkach christmasowych). A zaczęło się to wszystko od Nat King Cole’a i jego muzycznego tria. To on zaśpiewał to po raz pierwszy, to jego wykonanie uznawane jest za najbardziej klasyczne.

I wiecie co? Nikt nie zrobił tego lepiej. No po prostu nikt.

Chociaż. Było kilka całkiem ciekawych prób.

Pasadoble

[Uwaga! Wpis bardzo o niczym, wszystkie literki o niczym, a Nietzschego ani trochę…nawet Kanta kantem autor nie kantuje. Inna sprawa, że to coś to strumień myśli, niczym z pierwszych wpisów na tym blogu]

Czasem zachodzi taka sytuacja, że się nic nie chce. Macie to? Nic się nie udaje, a jedyne myśli to albo samobójcze, albo w moim przypadku tylko te dotyczące jedzenia, srania i spania. Od paru dni tak mam. W tej akuratnej chwili jedynie palce ślizgają mi się po klawiaturze, nie rejestrując ani jednego słowa, które się wyświetla w notatniku. Nie wynajduję ani odrobiny sensu z tego co piszę, ot zlepiam litery, żeby zabić czas. Zasłuchany w piosenki christmasowe trwam w bezmózgowiu, czekając na natchnienie do pracy. Na szczęście to rzadkie przypadki – takie totalne zidiocienie. Jak ciężko być pisarzem! Jak źle być poetą! Zmuszać się do ciągłego bycia mądrym. Szczęście, że mnie to nie dotyczy.

Ale, ale, wspomniałem o anglosaskich christamsowych songach, więc będę dalej drążył. Uwielbiam klimat okołogwiazdkowy. Nawet te żałosne reklamy z prawdziwie okazyjnie drogim telewizorem, świąteczną edycją kawy i nieśmiertelną Coca-colą – prawdziwą oznaką Świąt. I te songi! Co jeden to kultowiejszy – od le-gen-darnego „Last Christmas” zespołu Wham, przez klasyki: „White Christmas”, „Let It Snow”, „The Christmas Song” Nat King Cole’a, „Winter Wonderland”, „Santa Claus Is Coming To Town”, „Sleigh Ride”, aż po nowsze, choć też już kultowe: „Pipes Of Peace” McCartneya, „Driving Home For Christmas” Chrisa Rea, „Mary’s Boy Child” Boney M, „Little Drummer Boy” śpiewane przez Jackson 5, czy genialne „War is Over” Lennona. Jak długo bym nie wymieniał i tak jakiś wspaniały utwór pominę, a wszystkie one – w gruncie rzeczy i w głębokości struktur – na jedno kopyto pisane. A i tak przefajne. Słuchajcie piosenek, będzie Wam milej – że tak żałośnie spróbuję spuentować tą nieudaną próbę napisania tu czegoś.

Aha. Jeszcze jedno. Tak, dobrze ujrzeliście. Tytuł wpisu to pasadoble. Czytelniku – powiedz głośno to słowo. Czyż nie jest doskonałe? Najpiękniejsze słowo świata. Pasadoble, czy może jak chcieliby hiszpanie passodoble, ew. bardziej naukowo paso doble. Przekozackie słowo. Moje ulubione. Nie ma ładniejszego.