Debata publiczna w rynsztoku

Dobrze jest kiedy ludzie mają swoje własne zdanie. Jeżeli je posiadają, a potem jeszcze je głośno wyrażają to jest dobry znak – że chce im się podjąć jakiś proces myślowy, że potrafią zdecydować o tym, że coś jest dobre, a coś złe. Że jedno należy robić, a innego należy zabraniać. I bardzo słusznie. Oczywiście im więcej ludzi tym więcej zróżnicowanych opinii, a gdzie dwóch Polaków, tam trzy Wikipedie (jak mawia Misiek), dlatego przy co bardziej zróżnicowanych poglądach dochodzi czasem do konfliktów. Również dlatego czasem poglądy niektórych są wyrażane w sposób hałaśliwy, tak żeby zwrócić na siebie uwagę mas. Z resztą rozstrzygnięcia takich drobnych konfliktów pomiędzy różnymi grupami ideologicznymi, najlepiej poprzez społeczną dyskusję i ustalenie konsensusu, to ponoć podstawa demokracji i szansa na powstanie społeczeństwa, któremu się chce.

Niestety. Robi się bardzo niebezpiecznie gdy do głosu dochodzą idioci.

Dziś niewinnie przejeżdżając przez rondo Śródka ujrzałem taki oto widok:
hitler22
Tak, napis na plakacie naprawdę głosi „Aborcja dla Polek wprowadzona przez Hitlera, 9 marca 1943” (tu jest zdjęcie lepszej jakości), oraz adres fundacji www.stopaborcji.pl, która na co dzień zajmuje się wystawianiem obrzydliwej wystawy, promującej społeczny sprzeciw wobec aborcji.

Moją żywiołową reakcję na ten widok postaram się przedstawić w formie literackiej:

„Buahahahahahahahahahaha!!!”

Bo to jest śmieszne. To jest obleśne. To jest plugawe. I nieznośnie głupie. Po prostu głupie.

A może nawet nielegalne?

Co by tu jeszcze osiągnąć…

Ludzkość kiedyś potrafiła zadziwiać (ludzkość – ta europejsko-globalistyczna). Ruchome czcionki pozwalające napisać dowolną książkę. Dźwięk, który można nagrać na metalowe tuleje. Obraz, który wypala się na światłoczułych kliszach. Mechanizmy pozwalające na masowe zabijanie ludzi. Ruchome obrazki przez młodzież nazywane kinem. Telefony. Przenośne telefony. Aż po elektroniczne toalety.

Ale ostatnio jakoś tak ludzkość właściwie się zatrzymała. Nęka ją kryzys, i wszechobecny marketing: Apple zamiast technologią bawi się w zmiany filozofii życia, a producenci telefonów komórkowych babrzą się z dziwnymi technologiami pokroju aparatów cyfrowych, połączonych z odtwarzaczem filmów, zamiast zrobić wreszcie porządny prosty telefon, z silną baterią i dogodną konfiguracją oprogramowania. Mało jest już takich wyśnionych urządzeń, które chcielibyśmy ujrzeć. Może prócz mojego wymarzonego elektronicznego papieru.
Mamy już swoje www, http, mp3, VOD, HD, flac, a nawet Blu-reye, ale mało jest już okazji do prawdziwego rozwoju. Kampanie paliwowe blokują nam rozwój samochodów, fizyka rozwój komputerów kwantowych, a podbój kosmosu już dawno wyleciał nam z głowy razem z upadkiem stacji Mir.

Ale nie wszystko jeszcze stracone. Pojawił się nowy projekt, który może uratować ludzkość. To marzenie, idea niemal szalona, ale takie przecież lubimy najbardziej, nie? Zatem zbudujmy podwodny tunel między Europą a Ameryką.

„Zamiast szybkiego samolotu – jeszcze szybszy pociąg. Mistrzowie inżynierii odsłaniają plany budowy tunelu transatlantyckiego. Jeśli kiedykolwiek zostanie zbudowany, podróż między Londynem a Nowym Jorkiem wyniesie 50 minut! (…) Według inżynierów – wizjonerów, podróże z prędkością 8 tysięcy kilometrów na godzinę mogą stać się kiedyś faktem. (…) Plany zakładają, że tunel będzie miał 5 tysięcy kilometrów długości. (…) Stalowa konstrukcja, zanurzona około 100 metrów pod poziomem wody, byłaby przymocowana do dna za pomocą stalowych lin. (…) Nie dość, że pasażerowie nie odczuwają żadnych wstrząsów, to prędkość podróżowania teoretycznie jest nieograniczona. (…) Aby wyeliminować opór powietrza, możliwe jest tylko jedno rozwiązanie. Należy całkowicie wypompować powietrze z tunelu. Wstępne obliczenia pokazują, że osiągnięcie efektu próżni zajęłoby około trzech miesięcy. Wygląda na to, że do rozpoczęcia rewolucyjnej budowy potrzebne są tylko pieniądze. I to niemałe pieniądze, bo zgodnie z szacunkami koszty realizacji projektu przekroczyłyby kilkanaście bilionów dolarów. (…) Taka inwestycja mogłaby powstawać jedynie jako międzynarodowy projekt wielu krajów przy współpracy ze światem biznesu.”

Szaleństwo. To jakieś „scjence fikszon”, jak powiedzieli by lingwiści. Ale przecież to niegłupie: połączenie z Ameryką się na pewno przyda…no i to pociągające wyzwanie osiągnięcia niemożliwego. Człowiek by nie dał rady? Da radę.

I znowu mamy po co żyć.

Skrajny głupotyzm

fakt prasowy #1: jeszcze przed otwarciem zamknięto toruńską wystawę Przemysława Obarskiego, która składała się z dwunastu obrazów przedstawiających motywy graficzne na podstawach swastyki: tej z posadzki katedry w Amiens, swarzycy (czyli swastyki słowiańskiej), oraz znak polskiej Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej sprzed II wojny światowej. Sam autor za cel wystawy postawił sobie „rehabilitację motywu swastyki oraz krzewienie pozytywnego wizerunku tego symbolu jako »przynoszącego szczęście«”.To nie pierwszy jego pomysł, wcześniej pracował nad mandalami, krzyżami słowiańskimi i symbolem yin-yang. Ale dopiero teraz jakiś głupek stwierdził, że przetwarzanie starożytnego symbolu przynoszącego szczęście jest nawoływaniem do nazimu. Z resztą sami se porównajcie na Wiki co jest jakim krzyżem.

fakt prasowy #2: sąd po raz kolejny uznał, że hailowanie wcale hailowaniem nie jest, i jeśli ktoś robi dokładnie to samo co robili hitlerowcy, to tak naprawdę odwołuje się do zaszczytnych tradycji Starożytnego Rzymu.

Zachodzi więc taka oto sytuacja…może ja podeprę swoją wypowiedź schematem.
schemat

Pomijając kwestię tego, że jakaś tam władza bawi się w krytyka sztuki, że po raz kolejny ktoś mówi ludziom co mogą, a czego nie mogą oglądać. W dodatku wmawia że sztuka może szkodzić. Bardziej przerażający jest w tym wszystkim ten dziwny system, który nie ma innego wyjścia jak zgodzić się na takie głupie argumenty. Na taki skrajny głupotyzm. Głoszene nazimu jest w porządku, ale próba rozmowy o zmianie ludzkiego myślenia już nie. A takich przypadków jest przecież pełno. Pseudo-katoliczki plujące i klnące na artystów (pewnie słabych i niezdolnych, ale nie diabelskich). Skrajni nacjonaliści nienawidzący większości swoich rodaków. Wreszcie mrowia prymitywów, zapatrzonych w swoje stołki, w swoje interesy, swój własny sukces, albo tylko pieniądze, albo ślepo wierzący w nigdy nie przemyślaną ideologię. Ot, skrajny głupotyzm.

Co robić doktorze?

Nadistoty są wśród nas

Wpadłem dzisiaj na chwilę do gimnazujm. Nie pytajcie, i tak nie opowiem po co mi taka wyprawa, musi Wam wystarczyć, że na chwilę wpadłem do szkoły pełnej przerażającej młodzieży. No i kilka spostrzeżeń mam. Swego czasu „Avenue Q” śpiewało, że jak bardzo chciałoby wrócić do koledżu. Ja nie chciałbym wracać do gimnazjum. Ani do liceum, jeśli już o tym mowa. Jedna sprawa to młodzież. Dziwna jakaś, dorosła bardzo, a czasem po prostu dobrze udająca dorosłą.
Z drugiej strony jest i kadra nauczycielska. Taa. To taka niezwykła zasada: żaden, nawet najbardziej utytułowany Profesor nie chodzi po swej katedrze, uczelni czy zaledwie szkole wyższej, tak jak niejeden nauczyciel szkół podmaturalnych. To jest taki krok Cara, takie płynięcie przez szkolny korytarz z godnością pawiana, ze świętym przekonaniem, że to właśnie jemu powinno się kłaniać wpas, bo to on – czy raczej ona, przecież najczęściej to jest ona – jest roznosicielem WIEDZY, oraz – co istotniejsze – KULTURY osobistej. Tytularnie, a nierzadko i umysłowo to byle magisterzyna, ale czuje się jak Królowa Wiktoria. To przecież widać.

To ja już wolę zdawać raz na pół roku sporsze egzaminy z wiedzy humanistycznej, ba wolałbym nawet zdawać mroczne egzaminy matematyczne u jakichś profesjonalistów, niż wracać do wiedzy ogólnej w tak bardzo bagiennej atmosferze. Studia górą.

Czy to nadal dwudziesty pierwszy wiek?

W radiu śpiewają swoją nową piosenkę Spice-girls, rozgorączkowani melomani słuchają nowej płyty Led Zeppelin, a inni czekają na nowe nagrania Michaela Jacksona, oraz pierwsze koncerty Jackson 5. Przed telewizorem wszyscy niecierpliwie czekają na serial Knight Rider, zaś w kinach nadchodzą premiery takich filmowych hitów jak Rambo, Indiana Jones, G.I. Joe, Drużyna A oraz nowa wersja Star Treka.

Czy my wciąż żyjemy w XXI wieku?

Oczywiście – bardzo ciężko jest wymyślić coś nowego, a znalezienie dobrego materiału na adaptację, oraz poprawne jej wykonanie, jest dla producentów murem niemal nie do przeskoczenia (o czym świadczą adaptacje niemal każdej gry komputerowej). W dodatku homo kupujones chętniej łyknie coś, co już zna, o czym lata temu zapewniał nas inżynier Mamoń. W dodatku (drugim) tak w głębi serca, to ja zupełnie nie mam nic przeciwko temu, że znów będę mógł obejrzeć coś, co dobrze znam. Nie gniewam się, że – jak to stwierdzili kiedyś słuchacze trójki – nowe wróci.

Ale śmieszne to jest.