Transatlantyk 2015

11844996_10207758129137925_2266875540446199137_o

Poprzednie podsumowanie Transatlantyku opisałem szczegółowo na blogu. W tym roku wystarczył mi Facebook. O czymś to świadczy. Nawet o kilku rzeczach na raz. Ale mniejsza, przeklejam z fejsika:

Podsumowanie Transatlantyku: obejrzałem 18 filmów. Średnia ocen 6,2. Biletów kupiłem za mniej niż kosztował karnet. Najlepsza trójka to same dokumenty. ‪#‎transatlantyk‬

Aha i najważniejsze: podobało mi się. Siedzenie w kinie cały tydzień jest super.

Transatlantyk 2014 – festiwal filmów niełatwych

 Transatlantyk 2014 Już czwarty raz z rzędu ponad połowę sierpniowego tygodnia spędziłem w kinie, na kolejnej edycji Transatlantyku. Tym razem zebrałem się w sobie i postanowiłem wszystkie obejrzane filmy choć krótko opisać, tak, żebym tak Łatwo o nich nie zapomniał. Zatem jedziemy:

„1001 jabłek” – w ramach bloku konfrontacji, patronowanego przez Amnesty International, film o masakrze ludności kurdyjskiej w 1988 roku…i o tych, którzy to ludobójstwo przetrwali i starają się jakoś z tym poradzić. (Dosłownie kilkanaście minut po zakończeniu oglądania nagrań z tegorocznego koncertu Monty Pythona, więc idealne wprowadzenie w nastrój festiwalu.) Tu właściwe oba aspekty tego filmu są istotne: zarówno tego co się kiedyś wydarzyło, bo skandal Anfal jest na Zachodzie współcześnie całkowicie ignorowany. Ale też ta współczesna strona jest bardzo ciekawa, bo pokazuje jak bliscy ofiar dekorują goździkami swoje jabłka, żeby w ten sposób utworzyć znak pokoju i pojednania wobec swoich oprawców…albo ich przedstawicieli w obecnym rządzie, ciągle szarpanego szamotaniną, Iraku. Fascynujący wgląd do innego świata.
6/10

„Zabić człowieka” – chilijski dramat, który wygrał w Sundance nagrodę główną. Ponura historia człowieka bezradnego wobec zła, bezsilności systemu i samotności. Film w nadzwyczaj spokojnym tonie pokazuje jak zwykły prosty człowiek doprowadza się do czynów…o które byśmy się nie podejrzewali. Świetne studium moralności.
8/10

„Magic Camp” – kolejny powód, że kocham Amerykę i dowód, że pewnych rzeczy należy się od nich uczyć. Film dokumentalny o tygodniu w obozie dla magików, gdzie młodzież w wieku różnym uczy się magii. Śledzimy czterech bardzo różnych artystów i tego co w tydzień na obozie mogą się nauczyć… oraz tego jak ich życie popłynie dalej. (Dla nerdów dodatkowe smaczki, w postaci nerdowskich koszulek noszonych losowo przez bohaterów na ekranie.) Pozytywne!
6/10

„No Fire Zone: The Killing Fields of Sri Lanka” – to film dokumentalny, będący przede wszystkim właśnie dokumentem, kompletnym dowodem na zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, jakie dokonały władze Sri Lanki w 2008 roku, w czasie wojny z Tamilskimi Tygrysami, która w sumie służyła całkowitemu wybiciu tamtejszej cywilnej ludności tamilskiej. Trudny, mocny, wstrząsający, ale przede wszystkim kompetentny. Ponieważ film może zmieniać życia, pokazanie tego akurat filmu w siedzibie ONZ doprowadziło do wszczęcia oficjalnego postępowania w tej sprawie.
8/10

„This Ain’t No Mouse Music” – historia wydawnictwa muzycznego Arhoolie Records i jego założyciela Chrisa Strachwitza. Kolejny dowód na fajność Ameryki, a konkretniej jej bogactwa w tradycję i ciągłe trwanie muzyki folkowej, od bluesa, przez jazz, po bluegrass. Chris był swoistym antropologiem-bibliotekarzem ważnej południowej muzyki w USA. Fajna historia ciekawego człowieka i przede wszystkim przepiękna muzyka.
7/10

„Difret” – oparty na faktach, dramat dziewczynki z Etopii, porwanej przez starszego mężczyznę i jego kolegów, w ramach tamtejszej odwiecznej tradycji. Film o ścieraniu się ze sobą prawa i tradycji, a także opowieść o kobietach coraz śmielej radzących sobie w archaicznie patriarchicznym świecie. Niezłe sądowe dramatyczne kino, a przy okazji wreszcie nadzieja, że w pewnych krajach faktycznie następuje rozwój.
6/10

„Mój kuzyn Zoran” – włoska komedia o zepsutym moralnie pijaku i jego utalentowanym, choć nieśmiałym siostrzeńcu. I tu właśnie ten główny bohater nie podobał mi na tyle, że film oceniam słabo. Otóż główny bohater jest tak niemiły dla wszystkich wokół, są w filmie ludzie którzy z jakiegoś powodu nieco go tolerują, ale nie jestem pewien dlaczego. Film miał być śmieszny i publiczność w kinie wyraźnie potrafiła znaleźć momenty komediowe, ale do mnie one nie trafiały.
4/10

„Omar” – historia zakazanej nieudanej miłości, kolejna iteracja Romeo i Julii, opowieści starej jak świat. Tym razem kochankiem jest młody mieszkaniec Palestyny, a Julią siostra przywódcy jego małej grupy walczącej z opresją Izraela. Z punktu widzenia Europejczyka, film moralnie jest pogmatwany tak samo, jak tamtejsza sytuacja polityczna. Główny bohater jest terrorystą i pomógł w zamordowaniu żołnierza, ale to strona rządowa jest wyraźnym czarnym charakterem, która głównego bohatera gnębi, prześladuje i manipuluje. W finale dostajemy więc z jednej strony opowieść o przyjaźni, honorze, zaufaniu…i braku tych czynników, a z drugiej właśnie wgląd w tamtejsze pogmatwane codzienne życie.
6/10

„20 000” – Nick Cave jest tak bardzo dziwny. Film pokazuje dzień z życia Nicka Cave`a, a dokładniej 20 000 dzień. Film pięknie nakręcony, pokrętnie opowiedziany…no ale cóż, jest dzięki temu idealnym odzwierciedleniem samego artysty.
6/10

„Połów bez sieci” – opowieść o somalijskich piratach, swoista druga strona filmu „Kapitan Phillips”. Bardzo niezły film, piękne zdjęcia, znakomici somalijscy aktorzy i główny bohater, który mimo wewnętrznego sprzeciwu usiłuje zostać piratem. Całkiem dobry dramat, choć ma dość dziwne moralnie zakończenie.
8/10

„Pewnego razu na dzikim wschodzie” – czyli Kurdystan po kowbojsku. To jest naprawdę dość klasyczna opowieść westernowa, tylko że mała wioska położona jest w górach pomiędzy Irakiem i Turcją, zamiast szeryfa jest szef policji, zamiast Indian są rebeliantki, a zamiast rzezimieszka lokalny watażka. Całkiem dobre kino, choć miejscami mroczne.
7/10

„Brudne wojny” – film dokumentalny o nieudanych natowskich akcjach specjalnych przeprowadzanych w ramach walki z terroryzmem, oraz jaka część amerykańskiego wojska się nimi zajmuje, czyli kolejne potwierdzenie tego, że Obama może być najbardziej krwawym laureatem pokojowej nagrody Nobla. Pod względem dokumentalnym bardzo dobry i informacyjny, pod względem kinematografii niestety trochę za dużo autokreowania samego autora, który wyraźnie próbuje zabłysnąć przed kamerami. Mimo to warto się zapoznać.
6/10

„Blue Highway” – czyli po prostu kolejny amerykański film drogi, tym razem kręcony w stylu para-dokumentalnym. Film nazywany jest komedią, i ma zabawne momenty, ale jak na mój gust trochę za mało w tym zwiedzania ładnej Ameryki, a za dużo nieudanych żartów filmowych.
4/10

„W jego oczach” – historia nastoletniego niewidomego chłopaka i jego grupy przyjaciół, czyli film o dojrzewaniu…a także opowieść o tym, że miłość niejedno ma imię. Bardzo dobry film, świetna muzyka w tle, i nareszcie jakieś optymistyczne przesłanie na finał. (SPOILER! Film tak całkiem przy okazji jest pro LGTB, przez co niektóre środowiska traktują go specjalnie…ale moim zdaniem nie powinny, film broni się właśnie tym, że jest o zwykłej nastoletniej miłości).
8/10

„Tosty Po Meksykańsku” – meksykański film z wakacji, o nastoletnim synu, jego nadopiekuńczej matce i nowej koleżance, na którą ta matka jakoś musi reagować. Film….nudny. Naprawdę, ten film emocjonalnie i narracyjnie tkwi w strefie zero. Owszem miał kilka zabawnych momentów, wydaje się, że autorzy chcieli ich utworzyć nawet więcej, ale niezbyt to wyszło.
3/10

„Ulica w Palermo” – historia małej uliczki sycylijskiego Palermo i dwóch twardych kobiet, które…nie chcą na niej wyminąć się swoimi autami. Film jest bardzo sycylijski, z jednej strony miejscami nadzwyczaj zabawny, z drugiej umiejętnie dramatyczny. Kawał niezłego kina, na dobre zakończenie festiwalu.
8/10

I jeszcze słowo podsumowania festiwalu. Szesnaście obejrzanych filmów to całkiem niezły wynik, z pewnością jest to mój osobisty rekord Transatlantyku. Na festiwalu zabrakło mi paru rzeczy. Nie byłem na żadnym wydarzeniu poza kinem, na koncercie, warsztacie czy spotkaniu z twórcą. Ale też festiwalowych koncertów właściwie nie było. W programie filmów zabrakło mi filmów dokumentalnych, seansów przedpołudniowych, kina skandynawskiego, filmów o muzyce i sztuce. Mało kina lekkiego i humorystycznego. Jeśli chodzi o moje oceny obejrzanych filmów, to gdy ktoś spojrzy na moje coroczne zestawienia ulubionych filmów, raczej żadne z obejrzanych nie będzie na tej liście. Jednocześnie na Transatlantyku nie oglądam filmów, żeby mi się podobały, ale żeby poznać inne miejsca na świecie. Żeby spotkać drugiego człowieka. Dlatego każdy festiwalowy film ma ode mnie domyślnie 6/10, a dopiero potem ta ocena może podnieść, lub w szczególnych przypadkach spaść.

Co ciekawe gdy podsumować wszystkie te filmy, to wszystko to się łączy. Ze wszystkich tych filmów wynika dość jednolita wizja świata. Nie jest to wizja w pełni przyjemna, ale zdaje się, że dość bliska rzeczywistości. Jedną z podstawowych zagadek jakie nasuwają mi się po tych wszystkich seansach, są problemy konfliktów zbrojnych na całym świecie, i jak na nie wpływa bogaty biały człowiek. Z tego wychodzą dwie poważne kwestie: polityczna, czyli problem całego Bliskiego Wschodu, oraz filozoficznie: etnocentryzm, wielokulturowość. „Dzikusy kontra my”. Tu oczywiście problem jest bieżący, a także szalenie skomplikowany, pytań jest wiele, a jedna osoba nigdy nie da na niej dobrej odpowiedzi. Ogólny wniosek na bieżąco mogę mieć tylko wypośrodkowany, że zostawić ich samych sobie może być równie niemoralne, jak nadmierne mieszanie się do ich spraw.

Być może w takim doświadczeniu kinowym najważniejsze jest ponowne odkrycie, ze jest coś magicznego w sali kinowej. Znacznie łatwiej doczekać tego na festiwalu, gdy powoli zapełnia się sala kinowa, a potem nagle gasną światła…i zaczyna się film i w tym właśnie momencie działa ta magia. Współcześnie w zwykłym kinie jest to niestety reklama czekoladek i samochodów, stąd o magię trudniej. Jest też coś cudownie eskapistycznego w oglądaniu trzech, czasem czterech, filmów dziennie. Dla mnie potrafią minąć miesiące bez obejrzenia przeze mnie nawet jednego filmu, a tu jakoś nie mam problemu z wysiedzeniem nawet na trudnym filmie. Cudowne uczucie. Dlatego nie wątpię, że z niecierpliwością będę wyczekiwał za rok nowego programu zupełnie nowego Transatlantyku.

Jeszcze powstanie dobry film Transformers

Jedyna słuszna wizja Optimusa PrimeJeszcze powstanie dobry film Transformers. Media i smutni nerdzi czasem narzekają, że Hollywood zajmuje się już tylko sequelami rebootami. I nie chodzi tylko o adaptacje komiksowe, których wcale nie ma tak dużo (a mogłoby być więcej), tylko w ogóle o tak zwane IP, czyli własności intelektualne, od Terminatora, przez Transformers, po Avatara. To są marki, franszyzy, albo właśnie AjPis, które..utrzymują całe studio filmowe. Dlatego Disney powykupował Marvela i Lucasfilm. Dlatego Fox opiera swoje istnienie w pewnej mierze na sequelach Avatara. Dlatego Paramount będzie nadal robił Transformersy.

Problem w tym, że czasy są nadal niepewne. Kryzys sprzed paru lat nadal mocno martwi Hollywood, które nie chce w ogóle ryzykować. Z tego powodu mainstreamowa amerykańska branża filmowa nie robi już filmów o średnim budżecie. Owszem, czasem mogą zrobić coś małego, za kilkanaście milionów dolarów. Coś na Oscary. Ale cała resztą to MUSZĄ być drogie filmy, za co najmniej kilkaset milionów, przeznaczone dla wielomilionowych widowni. Stąd niektóre analizy mówią, że rok 2015 (wiecie ten, w którym pojawi się każdy ważny film swojej serii, w tym Epizod VII!), może być rokiem, który zbankrutuje Hollywood.

Niestety za tą ilością niekoniecznie idzie w parze jakość. Oczywiście Hollywood łapie się fajnych marek, usiłuje z nich zrobić coś. Niestety czasem polegają sromotnie. Transformers, seria, w której podstawą była osobowość i różnorodność robotów zmieniających się w pojazdy, zamieniła się w film będący serią niekonsekwentnych wybuchów. Wojownicze Żółwie Ninja doczekały się fantastycznego serialu, ale Hollywood spróbuje teraz zagłuszyć go mroczną wersją kinową (w której Shreder wygląda jak scyzoryk). Mówi się trudno. To prawdopodobnie będzie kupa, ale niestety wyniki finansowe nie są wyraźnie powiązane z jakością. Oczywiście są Avengersi, którzy moim zdaniem doskonale wypełniają jakość i klimat komiksu superbohaterskiego, i którzy sprzedali się świetnie. Ale seria Transformers dobrze pokazuje że film nie musi być dobry (36% na RotenTomatoes za ostatni sequel), żeby się sprzedał (350 mln $ w US, 770 mln $ na świecie). Z kolei niedawna premiera „Na skraju jutra” z Tomem Cruisem pokazał, że film nie musi się sprzedać (tylko 60 mln w US, 180 mln gdzie indziej), nawet jeśli jest dobry (90% na RotenTomatoes).

Co ja chciałem z tego całego bałaganu wynieść. Jak zwykle nadzieję. Otóż nastąpiła hollywoodzka Era Nerda. Filmy będą robione tak jak komiksy. Według różnych wizji, przez różnych twórców, w różnych stylach. I nie chodzi tylko o filmy superbohaterskie. Część z filmów będzie dziać się w jednym świecie, ale jednolity świat nie będzie aż tak spójny, bo kto potrafiłby nad tym zapanować. Z resztą „kanon” X-Menów też jest poważnie zakłócony, a nie zakłóciło to w żaden sposób samym filmom. To będą ciągle te same marki, ale być może skrajnie różnym klimacie. Będą powstawać różne wizje, różne nastroje. I oczywiście wiele z nich będzie bardzo słabych…ale to w porządku. Bo kiedyś, choćby przez przypadek, dziwnym zrządzeniem losu, być może wbrew woli producentów (wreszcie)…powstanie dobry film Transformers.

''Man of Steel' jest miałki

Superman wg Alexa Rossa Jak już wrzucam wszędzie to mogę też tu. Choć biorąc pod uwagę ilość głupot publikowanych przeze mnie na blogu wpisów dokładnie na ten temat, wychodzę na specjalistę od Supermana. A przecież nawet niespecjalnie lubię DC! Ale nicto, dotrwaliśmy do filmu „Man of Steel”. Jaki to film? Coż..

Jak pisałem już kiedyś, bardzo nie lubię nolanowskiej wizji Batmana, nie ufam też Davidowi Goyerowi, ale lubię Scotta Syndera, więc byłem ciekaw co wyjdzie z połączenia ich bardzo różnorodnych stylów filmowych. Niestety efekt okazał się być zaledwie mierny, „Man of Steel” to nie jest ani dobry film, ani szczególnie świeże spojrzenie na Supermana.

Film jest ciężki, tym samym usiłuje naśladować Mrocznego Rycerza, tą swoją nieporadną narracją, skokami w chronologii, „realistyczną” psychologizacją postaci. Niestety okazuje się, że za tym pozornym spoważnieniem gatunku superhero, kryje się rzecz mierna, w dodatku nie oparta w żaden sposób o komiksy. To co podnosi poziom filmu o jeden punkt oceny wyżej to finałowe widowiskowe zniszczenie, czyli ostatnia godzina filmu, która może nie ma do końca sensu, ale wygląda bardzo ładnie. Szczególnie pojedynek w Kansas, dwóch kosmitów na jednego Supka, oglądało się naprawdę fajnie. To, że w finale ginie tysiące ludzi jeszcze kupuję, najazd wrogo nastawionych kosmitów to powinno być po części kino katastroficzne. Gorzej, że w związku ze zniszczeniami na koniec okazuje się, że Superman to niemoralny knur, ponadto najpierw się męczy z przeciwnikiem, a potem nagle szybko sobie radzi. Treściowo miałkie, ale ogląda się to nieźle.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że choć widowisko jest niezłe, niestety jest to wizualnie dość wierna reprezentacja współczesnego kina akcji, i jak dla mnie jest to klęska gatunku filmowego. Wszystko opiera się o trzy punkty: trzęsąca się kamera, bardzo krótkie ujęcia, i taniej jakości CGI. W ten sposób pokazywane są drobne pojedynki, chociażby początkowe napieprzanie się Zoda i Jor-Ela, ale też gigantyczne sceny akcji, wybuchy. Pokazywane tak, żeby widza omylić, nie pokazać mu konkretnego. Co ogółem jest przykre.

Hans Zimmer muzycznie w sumie zanudził, poza naprawdę fajnym tematem z trailera i silną sekcją rytmiczną. Przeciętna reżyseria spowodowana jest bardzo słabym scenariuszem, w którym Superman zamiast być wzorem, ideałem do którego się wszyscy odnoszą, jest zwykłym, nieco złośliwym dziwakiem. To jest też kolejny superbohaterski film nie dla dzieci, nie z powodu przemocy, ale z przewijającej się nudy, brak jakiegokolwiek poczucia humoru.

Przy całym tym zamieszaniu aktorzy nie są źli: Henry Cavile jest napakowany i sympatyczny, na tyle na ile pozwala mu na to scenariusz (ale ten nie pozwala mu na wiele). Amy Adams jako Lois Lane nie jest zła, choć nie rozumiem, czemu nie mogła być brunetką. Jej podstawowym problemem jest brak bardziej rozbudowanej osobowości, jest obecna w większości scen, czasem bez żadnego szczególnego powodu, tylko, żeby Sup mógł z kimś porozmawiać. To, że Perry White jest czarny mi nie przeszkadza (choć w prawdziwym świecie musiałaby jakoś wyrazić się ironia kontrastu między jego kolorem twarzy i nazwiskiem), ale to, że nosi w uchu kolczyk, że niby redaktor naczelny czołowej gazety w Ameryce, nosi diament w uchu, to hollywoodzka bzdura i najbardziej fantazyjny pomysł tego filmu. W tle pojawiają się całkiem sympatyczni Boyd z Dollhouse’u, Mr. Gaeta z BSG i Tahmoh Penikett z obydwu seriali. Kevin Costner i Russel Crowe mnie jednakowo irytowali, obaj zdawali się być znudzeni swoją obecnością w filmie, ich role też są nieszczęsne, ale o tym za chwileczkę. Jasnymi punktami w filmie były dwie damy: Diana Lane naprawdę urocza Ma Kent i nadzwyczaj charyzmatyczna Antje Traue w roli niebezpiecznej Faory.

Teraz ponerdzę trochę bardziej spoilerowo, bo przede wszystkim ten film fabularnie popełnia kilka rzeczy niewybaczalnych.

Pa Kent jest amoralnym fanatykiem – to dla mnie największy błąd tego filmu, niewybaczalna pomyłka twórców, która całkowicie psuje postać Jonathana Kenta, ale tym samym samego Klarka. Superman jest kosmitą i to daje mu supersiły. Ale nie dlatego jest wzorem superbohatera, do którego wszystkie kolejne komiksy się odnoszą. Superman jest idealny, ponieważ jest prostym człowiekiem wychowanym przez miłych, uczciwych, szlachetnych, najczystszych moralnie rodziców, jakich nosi Ziemia: Martę i Jonathana Kentów, z okolic małego miasteczka w Kansas. Już przy zwiastunie, kiedy Pa Kent na pytanie „Co miałem zrobić, pozwolić im zginąć”, odpowiada „Może”, miałem ochotę krzyczeć głośno, ale wolałem poczekać, może to tylko trik montażu. Ale nie, faktycznie Goyer zmienił komiksowy wzór ojcostwa na filmowego moralnie zepsutego fanatyka, który przekłada do końca nieokreśloną wiarę w przyszłość adoptowanego syna nad życie niewinnych ludzi. Na dodatek stary Kent jest jednowymiarowy, jedyne co sobą reprezentuje to pesymizm i brak nadziei w ludzkość. Kiedy braknie podpory moralnej jaką jest Pa Kent, młodemu Kal-Elowi brakuje wzoru do naśladowania, przestaje być harcerzykiem, a staje się tylko osiłkiem. Wędrując po Ameryce Klark staje się chamem, gdy na przykład niszczy jednemu umiarkowanie niewinnemu kierowcy ciężarówki cały dobytek, wraz z przewożonym towarem, który najprawdopodobniej nawet nie był jego, tylko po to, żeby dać mu nauczkę. Tym samym Nolan po raz kolejny prezentuje superbohatera, który nawet na moment nie przejął by się nieszczęśliwą staruszką i jej zaginionym kotem. Bardzo złe, nieodpowiednie. No i z tą postacią wiąże się najgłupsza scena śmierci w historii współczesnego kina.

To co zupełnie niepotrzebne w tym filmie, to nowa mitologia Kryptonu, w której Kryptonianie są sztucznym, genetycznie kontrolowanym społeczeństwem, tworzonym według ustalonego kodu genetycznego. Którzy pominęli trochę umiejętność lotów kosmicznych, ale okiełznali lokalne latające jaszczurki. Co ciekawe „realistyczny” film nawet nie spróbował wyjaśnić dlaczego z całego rozsypującego się Kryptonu można było ewakuować tylko jedno niemowlę. Wracając do sklonowanego (choć nie składającego się tylko z klonów) społeczeństwa, Codex to w ogóle niepotrzebny i konfudujący makgaffin, niejasne jest dla mnie dlaczego informacje genetyczne przechowywane były w jednej skamieniałem czaszce, i w jaki sposób informacje przeniesione do pojedynczych komórek Kal-Ela miałyby doprowadzić do powstania nowego Kryptonu. Codex jest tu szczególnie ciekawym przykładem nowego tworu w kinowej fantastyce, bo…nie wiadomo co to jest. Problem leży chyba w tym, że filmowcy zamiast sięgać do źródeł, próbują niepotrzebnie wymyślać zupełnie nowe rzeczy. W Marvelu nikt nie próbuje wyważać otwartych drzwi, tesserakt jest o tyle prosty, wystarczy wiedzieć, że jest przedmiotem magicznym o wielkiej mocy.

Jor-El jako pendrive – tu dotykam scenariuszowego prostactwa, które na studiach i warsztatach pisarskich byłyby pewnie wyszydzane, ale w Hollywood jakoś przechodzą: jest żenującym wygodnictwem dopisać do filmu postać, która jest: nieśmiertelna, wszechpotężna, wszechwiedząca, i która, w sumie w dość losowych momentach filmu, pomaga głównym bohaterom. Tymczasem Jor-El uploadujący swoją „świadomość” do kolejnych kryptońskich statków jest właśnie takim dżinnem, który pomaga głównym bohaterom…ale tylko do pewnego stopnia, a potem w pewnym momencie, z resztą kosztem słabego żartu („Przechyl głowę w prawo”), niemal zabija Lois Lane. No i ma jakiś plan wobec Kal-Ela, jaki do końca chyba nikt nie wie, ale śmiem twierdzić, że również niezbyt dobry, skoro ma być zbawcą i liderem tych ludzkich małp. A właśnie, tak apropos Superman to Chrystus, jakby ktoś nie wiedział, topornie ma to narzucone kilkukrotnie, bez szczególnego stylu, oraz bez konkretnych wniosków.

Drobny seksizm w tle – wiadomo, że jest to film o muskularnym facecie, ale to nie tłumaczy dlaczego w filmie kobiety głównie przeszkadzają. O nijakości Lois już pisałem, a poza nią w filmie jest jedna asystentka Daily Planet…która wpada w tarapaty i Perry White musi ją ratować (i to przez nią prawie ginie), oraz asystentka pana generała, która w swoich dwóch jedynych scenach wykazuje się całkowitym brakiem profesjonalizmu, najpierw nie wiedząc co to terraforming, a potem rzucając finałowy żart „i just think he’s kind of hot”. Poważnie nie śmieszne. To drobne, ale tak bardzo irytująco głupie, że naprawdę nie rozumiem czemu musiało się znaleźć w filmie XXI wieku.

Siostra kazała mi się prześmiewać z wizji Supka stojącego na stosie czaszek, ale to akurat mi się całkiem podobało.

Ogółem więcej tu niedobrego niż dobrego, dlatego nie mógłbym dać więcej niż 4/10.

PS. Oczywiście, naturalnie. Nastoletni Klark czyta Platona. 🙄

Bracia Warner nie wiedzą co zrobić z komiksami

b-maniwbWiadomo. Lubię komiksy i oparte na nich filmy. Jednakże DC Comics, jedno z dwóch największych studiów komiksowych (tu jest jeden z fotomontaży porównywający obydwa uniwersa), które przechowuje prawa do niektórych z najfajniejszych superbohaterów, ma z przełożeniem tych postaci na film poważne problemy. Ich podstawowa konkurencja, czyli Marvel, wypuścił w tym roku „Avengersów”, którzy są zwieńczeniem pewnego ważnego etapu – próby prawidłowego stworzenia jednego wielkiego filmowego uniwersum, wypełnionego superbohaterami. Próba okazała się wielkim sukcesem, zarówno finansowym jak i jakościowym. A DC nadal błądzi, a to dlatego, że bracia Warner nie wiedzą co zrobić z komiksami.

Problemy Warner Brothers na temat adaptacji opisywałem już wcześniej, ale tamto dotyczyło tylko wycinka historii, kilku lat żmudnej przedprodukcji Supermana. Patrząc na zakończoną już trylogię Batmana w wersji Nolana, trzeba przyznać, że tą jedną postacią WB odniosło (pomimo mojej niechęci, o czym za chwilę) wielki sukces. Jeden z większych sukcesów w historii kina. Jednakże jest to sukces w pewnej mierze przypadkowy, to znaczy taki, którego moim zdaniem nie da się już powtórzyć…o czym przekonamy się na „Man of Steel”. Zresztą właśnie ten film to póki co ich jedyna nadzieja, bo DC/WB znajdują się obecnie w tragicznej sytuacji, gdzie w roku 2013 będą mieli tylko ten jeden komiksowy film z DC przeciwstawiony aż trzem konkurencji (trzeci Iron Man i drugi Thor ze studia Marvela, oraz dodatkowo Wolverine od Foxa). Rok 2014 będzie dla nich jeszcze trudniejszy, bo Marvel będzie miał swoich filmów co najmniej cztery (Kapitan Ameryka i Guardians of the Galaxy będące częścią uniwersum Marvela, oraz na bonus drugi Spider-man i drudzy Pierwsi X-meni)…a być może Edgar Wright zdąży jeszcze ze swoim Ant-Manem. Tymczasem Warner Bros w tej chwili patrzy tylko na swojego nowego Supermana i ma głęboką nadzieję, że to właśnie on pozwoli im na otworzenie wrót do tworzenia dalszego uniwersum…ku uciesze konkurencji, bo gdy DC zacznie przedstawiać nieśmiało swoje kolejne postaci, Marvel będzie już atakował „Avengersami 2” prowadzonymi ponownie przez Jossa Whedona. Jeżeli WB będzie próbowało dorównać im przedstawiając pierwsze przygody Marsjańskiego Manhuntera, to ludzie tego po prostu nie kupią.

Żeby nie było, że piszę słowa na wiatr, spójrzmy teraz na chwilę w przeszłość. Jest kilka artykułów, jeden nawet po polsku, które opisywały różne próby. Poniżej streszczona krótka historia nieistniejących superbohaterskich filmów z WB:

Superman Lives – film legendarny z uwagi na to, że jakąś wersję scenariusza napisał Kevin Smith, o jego przeżyciach z tym związanymi opowiedział podczas swojego pierwszego DVD. Oraz legendarny dlatego, że miał się nim zająć Tim Burton…a przede wszystkim dlatego. Nicholas Cage jako Superman. Film przeszedł przez tradycyjne piekło produkcyjne, z dziesiątkami wersji scenariusza i z wieloma aktorami, którzy mieli założyć czerwoną pelerynę. Tu nie szukam sensacji, w Hollywood to się zdarza. Prawdziwe jaja zaczynają się później.

Batman Triumphant – czyli kontynuacja schumacherowskiego Batmana. Tu akurat wina nie leży tylko po stronie Warner Bros, „Batman i Robin” to wyjątkowo zły film, który można oglądać z wielką przyjemnością, ale tylko napawając się campem, fatalnym aktorstwem, scenariuszem, idiotyzmami…i trochę szkoda, bo opowieści o piątym w serii Batmanie są interesujące. Co ciekawe, choć miał powrócić Schumacher, to kolejny jego film miał być mroczny, psychologiczny dramat, zupełnie przeciwieństwo Batmana 4. Głównym złoczyńcą miał być Scarecrow, który wywoływałby psychotyczne wizje Batmanowi, przez co do filmu powróciłby na chwilę Joker w wersji Nicholsona(!). Według plotek w filmie miała pojawić się też Harley Quinn, co już samo w sobie jest genialne. Zamiast tego WB. spróbowało wrócić do początku, zaczęli pracę nad…

Batman Year One – to inny pomysł WB z końca lat 90., wierna adaptacja komiksu Franka Millera. Na początku z projektem nadal związany był Schumacher, potem na scenę wkroczył Darren Aronofsky, wtedy jeszcze początkujący reżyser i scenarzysta. Swoją wersję tekstu do filmu konsultował ponoć z Frankiem Millerem, etap przedprodukcji był tak zaawansowany, że rozmawiano już z Christianem Balem o roli B-mana.

Batman Beyond – w tym samym czasie co Year One pracowano też nad filmową aktorską(!) wersją tej kreskówki, powstała przynajmniej jedna wersja scenariusza, a przy jej pisaniu brał udział też Paul Dini, czyli mózg animowanego Batmana z tamtego okresu. Ostatecznie WB zrezygnowało na rzecz następnego projektu:

Batman vs. Superman – film, który miał być łatwym wprowadzeniem dwóch najważniejszych superbohaterów DC (a może w ogóle całego świata) w najnowszy wiek. Tu wersji scenariusza było chyba kilka, wszystkie najpierw skłócały, potem godziły Supka i Batsa.

Superman: Flyby – próba restartu historii Supermana, najpierw obmyślana przez J. J. Abramsa w 2002 roku, tylko potem….WB zaczęło bawić się pomysłem Batman vs. Superman, więc tytuł zawieszono…żeby po fiasku prac nad Batman vs. Superman ponownie powrócić do Flyby. Dosłownie! Jak małe dzieci. Nad tym projektem konsultantem miał być Christopher Reeve, na głównego reżysera kreował się przede wszystkim McG. Ostatecznie WB postanowiło zainwestować w…kontynuację przygód Supermana, w dodatku tylko dwóch pierwszych oryginalnych filmów.

Bruce Wayne – tym razem serial telewizyjny, batmanowa wersja Smallville…którego był faktycznym prekursorem. W 1999 WB zainteresowało się scenariuszem pilota serialu opowiadającego o 18-letnim Waynie, który wraca do Gotham po wieloletniej tułaczce, musi odnaleźć się w nowym towarzystwie, odziedziczonym biznesie i znaleźć swoją misję. Scenarzyści napisali tylko scenariusz pilota…i pełną serialową biblię obejmującą sześć sezonów. Dlaczego serial nie poszedł? Przez kolejne rozmemłanie Warner Bros.: dział telewizyjny chciał projekt kontynuować, ale filmowy naciskał, że Batman powinien trafić jak najszybciej do kina (i musieliśmy czekać jeszcze cztery lata).

Przy czym najnowszy Superman, skoro już o tym mowa, też powstawał w bólach i znoju, swoje propozycje na film przedstawili różni ludzie komiksu: na przykład Grant Morrison (proponując filmową wersję All Star Superman), a z kolei Mark Millar wespół z Matthew Vaughnem zaplanowali od razu całą mroczną trylogię. WB zdecydowało się na, w ich myśleniu, pewniejszy krok zatrudnienia osoby, która choć trochę wpłynęła na ostatnią trylogię Batmana, więc zatrudnili Goyera. Co z tego wyniknie, zobaczymy.

Żeby było jasne, wymieniam tylko te tytuły, o których publicznie mówiono. To nie są jakieś luźne pomysły na film, marzenia fanów, rozdmuchane plotki dziennikarzy. Na nie-powstanie tych wszystkich filmów wydano grube miliony dolarów, setki godzin poświęcono na pisanie scenariuszy, a w niektórych przypadkach nawet robienie kostiumów, czy kręcenie próbnych zdjęć. Powstanie tych wszystkich epickich filmów było zatrzymywane czasem na ostatnią chwilę. Historia niezrealizowanych filmów z WB to jeden wielki clusterfuck.

Aha i jeszcze na rozsierdzenie fanów: Joss Whedon spędził dwa lata pisząc scenariusz filmu „Wonder Woman”. … I nikt nigdy na świecie tego filmu nie zobaczy.

Przy czym, chcę podkreślić, że zgodnie z moimi dawnymi wynurzeniami o adaptacjach, nie twierdzę, że filmy komiksowe muszą być wierne i zgodne z pierwowzorem. Batman w wersji Burtona też z komiksami niewiele ma wspólnego, nawet wizualnie, a jest pyszny. Skoro już o tym mowa. Nie lubię Batmana według wizji Nolana. No nie lubię, bo Bale jest zwykłym brutalem, chamem, w dodatku z poważnymi problemami psychicznymi, a nie najlepszym superbohaterem jakiego zna Ziemia, detektywem, niepokonanym rycerzem. Nolanowski Batman to szaleniec, zajmujący się tylko byciem Batmanem, w dodatku tylko na korporacyjnym poziomie, ten Batman nie pomoże staruszce zdjąć kota z drzewa, on jest mesjański, więc musi ratować ludzkość, ale tylko całą ludzkość. Śmiem twierdzić nawet więcej: Mroczy Rycerz w wersji Bale’a nie będzie usiłował powstrzymać zabójców w mrocznych zaułkach, którzy osieracają małe dzieci, a to się przecież zupełnie nie zgadza z podstawową motywacją tej postaci. Najbardziej jednak w dyskusji o adaptacjach Nolana denerwuje mnie często powtarzanie zdanie o rzekomym realizmie tej serii, że niby rzeczywistość pokazywana w filmach jest tak bardzo podobna do naszej. A to przecież bzdura, złoczyńcy są groteskowi, i choć ledgerowy Joker to ciekawa postać, dziwadło, ale ciekawe, ale już reszta to karykaturki. Harvey Dent to głownie zmarnowany potencjał, staje się „tym drugim” na siłę, jakby na koniec filmu Nolan postanowił sięgnąć po komiksy, zupełnie niepotrzebnie. W tych filmach pojawiają się też jednak elementy zwykłej fantastyki, jak magiczne urządzenie do tworzenia pary niczym z Szumachera, a przecież takim samym dynksem był bat-sonar z drugiej części filmu. Jedyne co pozostaje, to czekać na nową wersję Batmana.

Wracając jednak to adaptacji, komiksy z definicji nie są jednolite, każdy zeszyt komiksu to wspólna interpretacja scenarzysty i rysownika na temat konkretnej postaci. Film nie musi być wierny z komiksem w sensie fabuły czy elementów wizualnych, choć fajne jest gdy np. w Thorze pojawia się Destroyer żywcem wyjęty z komiksu. Komiksy opowiadają o konkretnej postaci, to są moce, tło jego życia, powstanie, to cechy charakteru. Ogółem tworzenie filmu o superbohaterze w oderwaniu od pierwotnej koncepcji mitycznej zazwyczaj nie działa, albo jak w nowym Spider-Manie pojawia się tylko powtarzalność, nie ma niczego nowego, przez co nie ma powodu żeby iść do kina. Komiksiarze zasługują na filmy wierne. Choć pisząc to, doskonale pamiętam o Green Lanternie, który zawarł całą komiksową mitologię, a mimo to jest szczególnie tragicznym przykładem próby oddania w całości komiksu, która się rozsypała. Jednakże ta porażka to raczej nie problem komiksów, tylko złego robienia filmów: rutyna opowiadania ciągle tych samych początków superbohaterskich, a także wyraźna niepewność tematyczna, bo tamten film zaczął powstawać jako Space Opera, ale potem wyraźnie zmieniał się w komedię, a potem w zwykłego akcyjniaka, co tylko dowodzi jak WB jest zagubione.

Nie martwcie się jednak, bo przybywam na ratunek. A oto jak Warner Bros. może się odnaleźć, odkryłem rozwiązanie jak mogą sobie poradzić: muszą wziąć się za tworzenie jednego superbohaterskiego świata, wyprzedzając Marvela. Rozwiązanie jest tylko jedno: pokazać jeden świat, ale zaczynając historię od środka. Świat pełen superbohaterów, superzłoczyńców i zwykłych mieszkańców pogodzonych z tym, że ich świat rządzony jest przez meta-ludzi. To jedyne rozwiązanie, bo jeżeli chcą robić to co zrobił Marvel, to trwać będzie bardzo długo, a ile publiczność może wytrzymać filmów o początkach bohaterów. Ja już od dawna mam dość origin story, w dodatku początki Flasha, Shazzama, czy Cyborga, to będą filmy boleśnie wtórne. Liga Sprawiedliwych, jako film dziejący się w świecie, w którym zaakceptowano istnienie nadludzi, pozwoli na stworzenie sytuacji, w której pojawienie się Flasha nie będzie czymś szokującym, zaszokuje to, że chce on komuś pomagać.

To fascynujące oglądać potężną korporację, która sobie nie radzi, ale też przykre, bo fani superbohaterów zasługują na oglądnie filmów gdzie akcja ma sens, gdzie jest jej dużo ale jest wciągająca, obecnie wydaje się mnóstwo pieniędzy, ale pokazywane pojedynki nie są ekscytujące, powinny być czymś więcej niż tylko biciem się po twarzy. Matrix pokazał, że pojedynki mogą być magiczne (wystarczy kraść z wuxii). A może za dużo wymagam, może Hollywood jest zbyt skomplikowane, zbyt rozrzutne i zbyt niezdecydowane, żeby zrobić dobry film o superbohaterze? Może zamiast tego trzeba pozostać przy genialnej animacji?