Dlaczego Joss Whedon jest geniuszem

Trwa San Diego Comic Con, największy konwent na świecie. Wczoraj, 13 lipca 2012, odbył się panel na 10-lecie serialu „Firefly”, najlepszego serialu telewizyjnego w historii telewizji. Kiedyś pewnie coś o nim coś napiszę, a tymczasem przedstawiam niesamowity panel:

Od 45 minuty każdemu człowiekowi z sercem zaczynają lecieć łzy.

A potem pojawia się mądrość od autora:

(Po dogłębnie szczerym wzruszeniu się ponad 1000 osób.) “Only an idiot would try to follow that with a sentence. … When you come out of a great movie you feel like you’re in that world. (…) When you’re telling a story, you’re trying to connect to people in a particular way. It’s not just only about what you wanna say. It’s about inviting them into a world. The way in wich you guys have inhabited this world, this universe, hava made you part of it. Part of the story. You are living in Firefly. When I see you guys, I don’t think the show is off the air. I don’t think there’s a show. I think that’s what the world is like. I think there’s spaceships and horses. The story is alive.”

Czyli po polsku mniej więcej:

„Kiedy opowiadasz historię, starasz się połączyć z ludźmi w szczególny sposób. Nie chodzi o to co chcesz powiedzieć. To zaproszenie kogoś innego do tworzonego świata. W sposób, w jaki wy wszyscy zajęliście ten świat, to uniwersum, staliście się jego częścią. Częścią opowieści. Żyjecie w świecie Firefly. Kiedy was widzę nie myślę o serialu, który zdjęli z anteny. Nie myślę w ogóle o serialu. Myślę, że to jest ten świat. Myślę, że są statki kosmiczne i konie. Opowieść jest żywa.”

I to jest piękne, bo Joss Whedon, twórca kilku wybitnych i kultowych seriali, reżyser trzeciego najpopularniejszego filmu w historii ludzkości, rozumie bardzo ważną rzecz. Że każdy artysta, każdy twórca, każdy opowiadacz, a w pewnej filozoficznej mierze w ogóle każdy człowiek, działa próbując trafić swoim przekazem do innych ludzi. A on nie tylko zrozumiał, ale jeszcze potrafił to powiedzieć w tak ładny, a zarazem emocjonalny sposób, co dowodzi, że Joss Whedon jest geniuszem. To, no i jest cholernie dowcipny.

Arcyciekawa aranżacja: "Gdy ma gitara łagodnie łka"

Świat dzieli się ponoć na tych od Paula McCartneya i tych od Johna Lennona. Jednak wśród Beatlesów do mnie zawsze najbardziej przemawiają piosenki George’a Harrisona. Przede wszystkim fenomenalne „Something”, ale ostatnio także inna pieśń o życiu, lenistwie i muzyce. „While My Guitar Gently Weeps”. Zagrane w przeróżnych wersjach. Choć główną uwagę na tę piosenkę zwrócił mi Floyd Pepper śpiewający w jednym z odcinków „Muppet Show”, w wersji na jedną gitarę i późnowieczorne nucenie na balkonie. Tutaj znów objawia się geniusz Hensona i jego ekipy: kiedy Floyd pociesza swoją elektryczną dziecinę słyszymy, że dotarli oni do samej podstawy tej pieśni (właśnie tak chciał ja słyszeć Harrison).
Ale wersji tej piosenki jest tak wiele. Można ją pozaziemsko grać na ukulele, wirtuozersko wyrzeźbić na dwóch gitarach, albo magicznie zaśpiewać w sweterku. Można też trzymać się nieco bliżej oryginalnej wersji tak jak to zrobili Tom Petty, Jeff Lynne, Dhani Harrison i Prince (to solo!) gdy wprowadzali George’a Harrisona do Rock and Roll Hall of Fame, albo gdy wyjąco-metalowo przeżywał ją Jeff Healey. Ale jednak ostateczną aranżacją tej piosenki chyba powinien zająć się sam autor, razem z przyjaciółmi, muzykami najwyższej klasy. Przed wami Elton John, Phill Collins, Jeff Lyne, Eric Clapton (który miał ponoć grać solo w oryginalnej wersji), Ringo Starr i George Harrison z piosenką „While My Guitar Gently Weeps”:


Arcyciekawe i arcypiękne.

Geniusz!

„Geniusz”. Kiedy słyszę to słowo, natychmiast przypomina mi się kilka nazwisk. Jest ich niewiele. Nie wielu twórców można nazwać geniuszem. Arcymistrzem danej sztuki. Człowiekiem, który stworzył w swoim czasie dzieło idealne. Nie, żeby wszystko co jego musiało być idealne – wystarczał jeden twór, idalny, niezmienialny. Niewielu przypominam sobie geniuszy.

Ale kiedy miałbym wymienić kogoś, kto bez wątpienia był genialnym, to jest nim Jeremi Przybora. Z wykształcenia anglista, z zawodu lektor i spiker radiowy, z twórczości autor teksów piosenek, kilku książek, i teatralnych spektakli. Słynny starszy pan.

Jakiś czas temu do mojego domu przyszedł taki oto zbiorek:

Fantastyczna rzecz. Kilka setek fantastycznych piosenek, każda z żartem, i napisana z nieziemską lekkością, jakiej nikt inny osiągnąć nie potrafił. Cudownie jest sobie raz dziennie przysiąść i przeczytać tak chociaż jeden tekst, na poprawę humoru…Na przykład taki zabawny tekst na melodię utwóru „Ma mie” autorstwa Jean-Marie Jamblan i A. Herpin. Niestety nie mam pojęcia co to za piosenka, czy melodia, ale i sam tekst mnie uwiódł:

Na pięćdziesiątej Avenue
Jej widok mnie pozbawił tchu
na pięćdziesiątej Avenue –
więc drżąc chwyciłem ją za kiść –
spytałem, czy chce ze mną iść
na pięćdziesiąte piętro tam,
gdzie pokoiczek schludny mam.
Zgodziła się, nie wiedząc, że
właśnie zepsuła winda się.
Więc pieszo poszliśmy en deux
na pięćdziesiąte piętro me.
Na dziewiętnastym aż po grób
miłości jej złożyłem ślub.
I uczuć wyżej gna nas moc
tam, gdzie poślubna czeka noc.
Na pięćdziesiątym rzekła mi:
„Wyjm klucz i otwórz raju drzwi”.
I wtedy nagle zbladłem bo…
w kieszeni nie znalazłem go.
I miast bym szczęście w górze snuł,
po klucz jam zaczął schodzić w dół.

Na pięćdziesiątym piętrze zła
czekała na mnie luba ma.
A jam – im bardziej schodził w dół,
tym mniej miłości-m do niej czuł.
W ogóle rzadko bywa, by
sto pięter wytrzymywały sny.
Pięćdziesiąt w górę, tyleż w dół.
O, losie po coś windę psuł!
Na próżno, luba, czekasz mnie.
Nie wrócę – przeprowadzę się.
Nie wrócę – przeprowadzam się.
Nie wró… – przeprowadziłem się.
Nie wró…

I tylko czasem nachodzi mnie myśl, że to bez sensu – dlaczego w szkołach uczy się nie o tekstach Przybory, a o nudnych poetach? O smętach, smutku, nadmiarze metafor i niezrozumiałości? Troszku dziwne.


A Ty? Kto jest dla Ciebie geniuszem?

Nat 'King' Cole

Najpierw cytat z Wik…z Holonetu. Mój post sprzed dwóch lat:

To może teraz trochę historii? Coby oderwać się od tego MTV? Tak chociaż na chwilkę ;).

Bo oto przed państwem: Nat „King” Cole. Urodził się „w latach” 1915-19 (różne źródła, różnie podają), jako syn pastora i organistki. Od dzieciństwa grał na pianinie. Kiedy skończył szkołę, razem z bratem postanowili zająć się muzyką, zaczęli grywać w barach i klubach. Publiczności się to podobało, odnosili coraz to większe sukcesy. Grali to, co wtedy było muzyką popularną – jazz. Na szczęście (dla niego i wielu słuchaczy) Nat, gdy tworzył swoje „Nat King Cole Trio” zaczął, prócz grania na pianinie, śpiewać. Wkrótce okazało się, że swoim niesamowitym głosem potrafi zdziałać dużo więcej, niż jako pianista. Pierwszy duży sukces odniósł w 43 roku piosenką “Straighten Up and Fly Right”. I tak to się zaczęło.
Kolejnymi piosenkami (że wymienię te najlepsze: „Route 66”, „The Christmas Song”, „Nature Boy”, „Mona Lisa”, „Too Young”, czy „Unforgettable”, to takie pozycje obowiązkowe) zdobył sobie międzynarodową sławę. Często uczył się na pamięć tekstów piosenek w obcych językach, więc zdarzało mu się śpiewać po hiszpańsku, czy… japońsku. I tu mógłbym skończyć. Wspaniały kompozytor, i przede wszystkim niesamowity wokalista. Ale kariera Nat ‚King’ Cole’a potoczyła się jeszcze dalej: był on pierwszym czarnoskórym, który miał własny program w telewizji. Jednym z pierwszych, któremu się udało. To dla hAmerykanów w tamtym czasie było…jeśli nie skandaliczne, to przynajmniej dziwne.
Prywatnie Nat ożenił się dwa razy. Miał piątke dzieci, w tym Natalie, która również została znaną piosenkarką jazzową. Nat ‚King’ Cole zmarł na raka w roku 1965, miał 45 lat.

Warto jeszcze wspomnieć o najbardziej znanym utworze wykonywanym przez Cole’a – „Nature Boy”. Piosenka o banale (kto widział Moulin Rouge, ten wie): że najważniejsza rzecz, to kochać i być kochanym. Banał, a nie każdy o tym pamięta, więc piosenkę tą powinno się słuchać regularnie. W dowolnym wykonaniu (bo było ich sporo).

….

Koniec cycatu.

Cóż, prócz ostatniego akapitu, to taka ot sucha nota biograficzna mi z tego wyszła. Za sucha. Bo oto Nat ‚King’ Cole jest…ma najaksamitniejszy głos. Najpełniejszą barwę. Naj…..no jest to jeden z najpiękniejszych głosów jakie w życiu słyszałem. W dodatku śpiewa świetne, oldskulowo-swingowe piosenki, które w owym czasie były w końcu popem. I teraz lista przebojów – wymieniałem tutaj kilka pięknych, teraz dodam jeszcze jedną świetną (choć jednocześnie romantyczną, liryczną i smętną) piosenkę: When I Fall in Love. No to polecę teraz wykazem (to wszystko jest z YouTube, więc jakość dźwięku nie jest za dobra. nie zniechęcajcie się jednak, tylko chwyćcie kiedyś za jakąś płytkę porządną):

Więcej nie znalazłem. To tyle. To se posłuchajcie trochę tych staroci.