Dzień dobry, pozdrawiam z 2017 roku

Minęło 13 miesięcy od mojego ostatniego wpisu na blogu. Trochę sporo. Całkiem dużo Życia zdarzyło się od tamtego czasu. W tak zwanym międzyczasie internet się unormował, ustabilizował. Już prawie nie ma personalnych blogów. Fora internetowe tracą swój zasięg. Wszystko przenosi się do: Facebooka, Twittera, Snapchat i Instagram. Duże korporacje rządzą więc nie tylko światem, ale też internetem. Po co więc trzymać własnego bloga? Nie wiem. Ale trzymam.

Może nawet napiszę parę myśli jak przyjdzie co do czego. Notatek do pracy nad sobą mam dużo.

Twitter eksperyment zakończony

Minął miesiąc od rozpoczęcia mojego wysoce wyspecjalizowanego twitter-eksperymentu, teraz nadeszła najwyższa pora na wnioski, podsumowania i dalsze plany. A warto przypomnieć, że jeszcze w sierpniu publicznie uznawałem serwis mikroblogowy Twitter za wynalazek tajemniczych sił i całkiem głośno przyznawałem się do nie rozumienia fenomenu Twittera. Teraz, po miesiącu wnikliwych obserwacji, a nawet osobistego ćwierkania, stwierdzam, że…zachwyciłem się. Okazało się, że Twitter to kwintesencja współczesności. Żeby nie było, powyższe zdanie i tak głośno wyrażony przeze mnie zachwyt wcale nie oznaczają, że teraz już rozumiem Twittera, wprost przeciwnie. Wciąż fakt, że ten dziwaczny serwis stał się tym czym jest obecnie, fakt, że – co tu dużo mówić – tak banalny pomysł okazał się takim sukcesem, jest dla mnie wciąż tajemnicą, i pewnie pozostanie nią do końca świata. Ale nie zmienia to faktu, że Twitter to intrygujący fenomen.

Po pierwsze pozwala opowiedzieć światu o tym jaką zjadłem zupę i czy jest smaczna. Sama idea mikrobloggingu zdaje się sprowadzać wśród wszystkich tweettletów (jak pewnie łatwo zauważyć Twitter zachęca do wzmożonego słowotwórstwa, zarówno po angielsku jak po polsku, ale wojna o twitty i ćwiry dopiero będzie się musiała rozstrzygnąć) do trzech głównych tematów: opowiadania o swoim życiu i jedzeniu, rozmawiania z innymi tweettletami, oraz przesyłania sobie nawzajem popularnych linków. Ten ostatni jest pewnie najsilniejszy i najszybszy jeśli chodzi w ogóle o cały internet: maila trzeba wysłać, nie wszyscy muszą być zalogowani w jakimś komunikatorze, facebook’ową wiadomość łatwo w ich natłoku zgubić. A raz zatwittowany ćwirk potrafi retweetować się wiele razy i krążyć po różnych sieciach bardzo szybko i sprawnie. I w ten właśnie sposób internetowe memy znacznie przyspieszyły swoje tempo w podróżowaniu po całym świecie.

Jeżeli chodzi o oglądania opowiastek o jedzeniu zupy, nie jest to wcale takie nudne jak by mogło się wydawać, jeżeli możemy być nieco bliżej (albo „bliżej”) swoich znajomych; wygląda to nawet jeszcze lepiej, kiedy stajemy się bliżsi znanym osobistościom: Ashton Kutcher jest taki przystojny (4 507 913 followersów!), Stephen Colbert czyni spostrzeżenia meteorologiczne, niedawno zarejestrowany Craig Ferguson zbiera armię szkieletowych robotów, a Stan Lee staje się Generalissimo licznej armii brygadierów. Nie wspominając już Kevina Smitha. Ani Carrie Fisher

Dyskusje między twiterrczanami prowadzą do powstawania różnych środowisk, wielorakich grup twitterczanych, których struktura nie różni się aż tak mocno od innych miejsc tego typu, jest po prostu krótsza; ale te rozmowy i dyskusje prowadzą też do tak zwanego „efektu twittera”, nazwany tak ponoć przez Reutersa, efekt ten jest największym koszmarem prezesów Hollywood, a przede wszystkim wszystkich marketingowców i reklamotwórców. Efekt Twittera to faktyczna realizacja ludzkich przeświadczeń, że reklamy kłamią, ale zwykli ludzie nie; dlatego przesyłane twitterem opinie o filmie, czy jakimkolwiek innym nowym produkcie, mają dla nas znacznie większe znaczenie niż opinie przekazywane w reklamach, czy nawet w recenzjach profesjonalnych krytyków. Nieważne co pisze się o danym filmie, ale kto o nim pisze. Zatem dyskusje między zwyklakami, do tego dyskusje między gwiazdami, komentarze na temat najnowszych wydarzeń, wszystko to i znacznie więcej można obserwować w tym gargantuicznym zbiorze mniej niż 140-znakowych wypowiedzi. Prawdziwym sukcesem Twittera nie jest jednak sama idea krótkiego opowiadania o swojej zupie, ale fakt, że można to zrobić przez wiele różnych urządzeń: laptopa, netbooka, ajfona, telefon komórkowy (oczywiście tego ostatniego nie da się w Polsce, po co Polakom takie luksusy). Dzięki tej dostępności, oraz dzięki prostocie samego serwisu, ludzie mają dostęp do ćwierkania nawet w najbardziej niedostępnych miejscach. A to pozwala na łatwą obserwacje niezależnych relacji z różnych wydarzeń z całego świata, i właśnie w ten sposób w tym roku po raz pierwszy znalazłem się na festiwalu w Sundance.

Jednak z tego wszystkiego wynika coś jeszcze zupełnie innego, ujawnia się z tego serwisu wizja całego świata. Nie jest specjalną przesadą powiedzieć, że Twitter jest skondensowanym mikroświatem prezentującym wszystkie najistotniejsze cechy współczesności. Twitter swoim jestestwem reprezentuje cechy współczesnych: natychmiastowości, konsumpcji, ulotności, modularności, fragmentaryczności, a nawet relacji międzyludzkich – bo współczesne relacje międzyludzkie muszą być przelotne, krótkie, ale za to częste; zamknięcie ich w 140 znakach jest tylko konsekwencją wynalezienia telegrafu. Twitter jest wręcz uosobieniem współczesnej konsumpcji: opiera się tylko na prostym wyborze i daje natychmiastowy efekt, pojedynczy ćwierk na Twitterze jest „na teraz” i tylko na teraz ma jakiekolwiek znaczenie; mija chwila i wpis przestaje być ciekawy, staje się nieinteresującą przeszłością, pyszna zupa po prostu stygnie. Co więcej nie ma na Twitterze jakichkolwiek archiwów, nie da się łatwo dostać do pierwszych wpisów z początku serwisu, a kolejne wpisy po prostu znikają gdzieś w historii. W dodatku wszystko to jest darmowe! Nawiasem mówiąc to jest jeden z poważnych problemów przyszłości Twittera: żeby serwis internetowy mógł ugościć całą ludzkość musi przynosić jakieś zyski, a obecnie nie ma jakiegokolwiek planu marketingowego utrzymującego Ćwiekacza w rentowności. Czas pokaże czy jakiekolwiek wprowadzone rozwiązania zarobkowe nie zrujnują całego serwisu, zniechęcając użytkowników albo opłatami, albo reklamami – bo obecnie tertium non datum zdaje się.

Czas pokaże też czy Twitter tak naprawdę obejmie cały świat, wciąż nie zdobył on przecież masowej popularności w Polsce, owszem Polacy pojawiają się tam coraz liczniej, ale wciąż nie jest to skala masowa, wciąż nie wszyscy zapytani na ulicy wiedzą co to jest. I tak właśnie od zdziwienia nad popularnością Twittera przeszedłem do zdziwienia o braku popularności Twittera w Poslce. No cóż, ja teraz zamykam eksperyment, ale nie kończę obserwacji. Ja jeszcze poczekam, postoję. Popatrzę. Przypuszczam, że za jakiś czas Twitter jednak nawiedzi masa polskich internautów, tak jak nagle w pół roku ożywił się polski Facebook. I tylko o My Space nikt nie pamięta ;).

Oczywiście nawiązując do swojej poprzedniej wypowiedzi pamiętam, że Twitter może się skończyć tak jak każdy inny serwis społecznościowy, zwłaszcza, że konkurencja rośnie i szuka swojej niszy do wypełnienia, pojawiają się nowe, nierzadko rewolucyjne, portale społecznościowe dla właścicieli zwierząt, muzyków, szukających dawnych miłości, a nawet ekshibicjonistów kredytowych i ekshibicjonistów po prostu. O tych dwóch ostatnich opowiedział mi Stephen Colbert, więc znów muszę poprosić go o pomoc, obejrzyjcie proszę jego słowo: Cognoscor ergo sum (jestem znany, więc jestem znany). Ja czekam. Czekam. Czekam na otwarcie serwisu http://knowny.com.

Twitter eksperyment

Nie ma czasu. Nie mam czasu. Nic a nic. To byłby pewnie ciekawy temat na wpis, ale nie mam czasu, żeby go napisać. Ani chęci, jeśli już o tym mowa.

W ogóle zbliża się dla mnie czas prób…no właściwie próbek, biorąc pod uwagę próby, przez które muszą przejść poważni ludzie. Kłopot jednak w tym, że dla mnie nawet małe próby są wielkimi próbami, bo są przecież moje. Zatem więc mam wkrótce próby, bo zaraz będzie sesja, to znane niektórym czytelnikom podstępne zwierzę, opisywane przeze mnie szczegółowo tutaj i trochę tutaj.

Ale ja nie o próbach chciałem, ani nawet o własnym lenistwie, tylko wprost przeciwnie – o pracowitości. Pod koniec sierpnia 2009 przyznałem, że nie ćwierkam, ponieważ to dla mnie zagadkowe i niezrozumiałe. Ale ostatnio stwierdziłem słusznie, że przecież orangutany też były swego czasu zagadkowe i niezrozumiałe, dopóki ktoś nie zalogował się na ich stronę i z nimi nie zamieszkał. Dlatego też postanowiłem przeprowadzić eksperyment na Twitterze opatrzony przeze mnie chwytliwą nazwą „Twitter eksperyment”. W końcu podczas sesji mam zawsze najwięcej czasu na tego typu eksperymenta. Możecie zatem zaobserwować go na mojej stronie @burzol, albo po prawej stronie na pasku, tuż pod wyszukiwaniem.

Nie ćwierkam

Nie ćwierkam. I nie kumam. Choć lubię, a może i kocham internet, chociaż specjalnie nie kryję swojego odeń uzależnienia, ale nie wszystkie nowe trendy łapię w mig. Z resztą blogowania też przez długi czas nie chciałem polubić. Ale już mikrobloging i ostatnia euforia towarzysząca serwisom takim jak Twitter, czy Blip jest dla mnie zupełnie nie do pojęcia. Jeszcze tradycyjne serwisy społecznościowe pokroju Facebooka mogę pojąć, ot ludzie przesyłają sobie różne badziewia, maile, zdjęcia, komentują i oceniają. Proste. Ale co można zrobić z zaledwie 140 znakami? Po co komu informacja, że zjadłem dobrą zupę i dlaczego właściwie miałoby mi się chcieć o tej dobrej zupie pisać? Po co komu nieco inna wersja gadu-gadu i alternatywna zabawa w statusy? Po co uzależniać się od nowego tworu, który tylko jeszcze bardziej zajmie mi czas?

Ale ludzie lubią sobie zajmować czas, więc twittują. Każdy ćwierka o życiu i całej reszcie, oraz obowiązkowo zaprzyjaźnia się z gwiazdami i śledzi każdy ich krok. Najważniejszym z celebrytów Twittera jest pewnie Ashton „Kelso” Kutcher, zakochany w tej technologii, ma rekordowe ponad 3 miliony śledzących go fanów (dla porównania CNN ma niecałe 2,5 mln). Ale nie jest sam, albowiem poprzez Twittera z całym światem łączą się liczni aktorzy, reżyserzy, dziennikarze, twórcy, projektanci, producenci i ekonomiści (choć ci ostatni chyba najmniej). W dodatku właśnie tą drogą coraz częściej przekazywane są nowe niusy i przełamujące świat wiadomości. Świat oszalał.

Ale największej głupawi na punkcie Twittera dostały zachodnie media. Data ważności informacji wciąż się zmniejsza, teraz można już nie tylko komentować wszystkie oglądane i czytane niusy, można też je uzupełniać, zaprzyjaźnić się z ich twórcami a także…samemu podawać swoje. Szczytem było zapatrzenie mediów w Twittera podczas irańskiej zamieszaniny w sprawie wyborów. Ale również na co dzień papierowy New York Times, czy najsłynniejszy w telewizji CNN bawią się Twitterem we wszelkie możliwe strony: biedni dziennikarze, najlepsi w swej branży, zmuszani są do czytania wypocin ćwierkających użytkowników o idiotycznych ksywkach, byle tylko zaprzyjaźnić się z widzem: video (na temat zaczyna się tak od 3.30).

Oczywiście Ćwierkacz to zaledwie kolejna internetowa moda, która szybko przyszła i pewnie szybko się rozmyje. Jak to ładnie powiedział w niedawnym wywiadzie dla Gazety Wybiórczej doktor Jeffrey Cole, który od dawna bada rozwój internetu kolejne serwisy społecznościowe mają pewien problem – syndrom nocnego klubu:

„Problem polega na tym (…) że serwisy społecznościowe są jak nocne kluby. A one nigdy nie pozostają popularne zbyt długo. Pierwsi użytkownicy są cool, jest też pewien magnes w tym, że mogą polecić klub znajomym. Ale kiedy wokół zaczyna się pojawiać zbyt wiele nieciekawych osób, robi się zbyt tłoczno, wychodzą na poszukiwanie nowego miejsca.
Jeszcze dwa lata temu MySpace miał dwukrotnie więcej użytkowników niż Facebook. Dziś sytuacja jest odwrotna.”

Jednak póki co sukces Twittera rośnie coraz wyżej, kto wie może nawet mocno zakorzeni się też w polskim internecie? Z pewnością jednak jeszcze trochę potrwa nim się on wszystkim przeje. Co pokazuje, że ludzkie gusta i moda jest nieobliczalna, a internet jest najdziwniejszym, najbardziej nieprzewidywalnym…i najciekawszym medium na świecie.

Radio live forever

Radio, które już od początków lat pięćdziesiątych miało być stłamszone przez telewizję wciąż jakoś żyje, coraz to zdobywając sobie nowe nisze i kolejne pokolenia słuchaczy, a teraz wraz z rozwojem internetu rozkwita na komputerach całego świata. Często wbrew mediom tradycyjnym.

Oto było sobie Jazz Radio, warszawska rozgłośnia nadająca muzykę jazzową przez cały dzień (ech, pomyśleć, że z 10 lat temu w Poznaniu też mieliśmy radio grające jazz cały czas), aż do grudnia 2008, kiedy to została wykupiona i zniszczona przez korporację Radia Zet – firmę Eurozet, która postanowiła stworzyć ogólnokrajową sieć stacji przydżezzowujących radiowych Chili Zet. Twórcy zajmujący się Jazz Radiem postanowili przenieść swoją działalność do internetu, założyli Fundację Popularyzacji Muzyki Jazzowej „EuroJAZZ” i teraz na falach http://radiojazz.fm nadają niekomercyjnie swoje autorskie programy o przeróżnych dżezzowych przestrzeniach.

Albo inny przykład, podszyty nieco polityką. Krzysztof Skowroński, człowiek, który zdołał przywrócić z bagna starą Trójkę, niedawno został haniebnie odwołany przez obecne władze rządzące polskimi państwowymi mediami i za to, oraz ogółem na złość, postanowił założyć własną rozgłośnię. Żeby było lepiej do współpracy zaprosił byłych pracowników Trójki, w tym na przykład słynnego redaktora Gunia, czyli Grzegorza Wasowskiego. Tak powstało nadające od czasu do czasu radio wnet.

A to przecież tylko wierzchołek góry lodowej, w internecie jest tyle miejsc, tyle twórczych osób, są radia autorskie, radia uczelniane, radia dowcipne i te puszczane z playlisty. A wszystkie pełnoprawne, profesjonalne lub półprofesjonalne (cokolwiek to oznacza), i co ciekawe nigdy nie związane z amatorskim niezależnym od radia podkastem. Oczywiście nie wszyscy zdołają się utrzymać, internet to trudne medium, niepewne i niewierne (w dodatku ciągle różne siły usiłują przejąć nad nim kontrolę). Ale najzdolniejsi powinni dać sobie radę. A o to w końcu chodzi.