The Room

Po kilku dniach głębokich przemyśleń chciałem Wam oznajmić, z pełną świadomością swoich słów. „The Room” to jest film, który zdecydowanie należy obejrzeć. W bezpiecznych warunkach. Z najbliższymi, z jakimś alkoholem na złagodzenie. Polecam.

Plotki mówią prawdę, „The Room” to jest jeden z najgorszych filmów w historii. Ogląda się go przez łzy śmiechu. Ale jest to też jedno z najważniejszych dzieł współczesnej kinematografii. Otóż okazuje się, że ten film to imponująca reprezentacja kinematograficznego art brut, gatunku sztuki zwanego też przez niektórych outsider art. „The Room” to jest antyfilm. Widząc jakich narzędzi używa reżyser i scenarzysta, uczymy się jak nie powinno się kręcić filmu. Widząc jak zły jest ten film dostrzegamy, że tak naprawdę wiemy jak powinien wyglądać dobry film. „The Room” jest też dowodem na to, że system Hollywoodzki jest sztuczny i bardzo łatwy do obejścia, w końcu twórcom „The Room” się ten film udało nakręcić. „The Room” jest dowodem potęgi twórczości indywidualisty. Tommy Wiseau, tajemniczy miliarder, pochodzący z mojego miasta, jest postacią nieskończenie fascynującą. Człowiek z płynnie zmieniającym się akcentem, człowiek, który zdaje się rozumieć znaczenie poszczególnych słów, ale nie potrafi budować ich w sensowne zdania. The Room to w całości jego wizja. Lub jego brak wizji. I „The Room” nie pozostawia obojętnym. Po seansie czuć zmęczenie, zaniepokojenie ducha. Obejrzenie „The Room” to jest rytuał przejścia. W całym tym śmiechu i nieudacznictwie rysuje się też jednoznacznie ponury przekaz obrazu samotnego artysty, oszukiwanego przez wszystko i przez wszystkich. Samolubnego, niezrozumianego. Klasycznego artysty.

Wśród wielu fabularnych i scenariuszowych perełek mamy też w „The Room” prawdopodobnie najbardziej rozsądną postać w historii kina, z najbardziej szokującym nierozwiązanym wątkiem fabularnym: panią Claudette.