Chwile bycia fanem

brody3Jest późna wiosna 2015 roku. Siedzę sobie spokojnie przy piwie z grupą znajomych, jak zwykły człowiek. Nagle w telefonie dostrzegam powiadomienie o  smsie. Zrządzeniem losu dokładnie w  tym samym czasie po drugiej stronie globu, na wielkiej imprezie dla fanów, a  także w  internecie, zostaje wyświetlony drugi zwiastun nowych Gwiezdnych wojen. Epizod VII, Przebudzenie Mocy. Zakładam słuchawki, włączam wideo….i nie mogę ukryć entuzjazmu. Ta muzyka, ten montaż…a w finale na ekranie pojawia się postać, którą znam od wielu lat. Bohater, którego już nigdy nie spodziewałem się zobaczyć na wielkim ekranie. „Chewie, jesteśmy w domu” – mówi Han Solo, a ja już nie mogę się pozbierać. Nie można wrócić do banalnych rozmów przy piwie po takim ładunku emocjonalnym. Nigdy nie zapomnę tego seansu. Parę miesięcy wcześniej….

Ciąg dalszy, czyli pełną wersję felietonu o chwilach bycia fanem Star Wars, można sobie przeczytać w 3. numerze magazynu „Brody z Kosmosu”. Polecam!

''Man of Steel' jest miałki

Superman wg Alexa Rossa Jak już wrzucam wszędzie to mogę też tu. Choć biorąc pod uwagę ilość głupot publikowanych przeze mnie na blogu wpisów dokładnie na ten temat, wychodzę na specjalistę od Supermana. A przecież nawet niespecjalnie lubię DC! Ale nicto, dotrwaliśmy do filmu „Man of Steel”. Jaki to film? Coż..

Jak pisałem już kiedyś, bardzo nie lubię nolanowskiej wizji Batmana, nie ufam też Davidowi Goyerowi, ale lubię Scotta Syndera, więc byłem ciekaw co wyjdzie z połączenia ich bardzo różnorodnych stylów filmowych. Niestety efekt okazał się być zaledwie mierny, „Man of Steel” to nie jest ani dobry film, ani szczególnie świeże spojrzenie na Supermana.

Film jest ciężki, tym samym usiłuje naśladować Mrocznego Rycerza, tą swoją nieporadną narracją, skokami w chronologii, „realistyczną” psychologizacją postaci. Niestety okazuje się, że za tym pozornym spoważnieniem gatunku superhero, kryje się rzecz mierna, w dodatku nie oparta w żaden sposób o komiksy. To co podnosi poziom filmu o jeden punkt oceny wyżej to finałowe widowiskowe zniszczenie, czyli ostatnia godzina filmu, która może nie ma do końca sensu, ale wygląda bardzo ładnie. Szczególnie pojedynek w Kansas, dwóch kosmitów na jednego Supka, oglądało się naprawdę fajnie. To, że w finale ginie tysiące ludzi jeszcze kupuję, najazd wrogo nastawionych kosmitów to powinno być po części kino katastroficzne. Gorzej, że w związku ze zniszczeniami na koniec okazuje się, że Superman to niemoralny knur, ponadto najpierw się męczy z przeciwnikiem, a potem nagle szybko sobie radzi. Treściowo miałkie, ale ogląda się to nieźle.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że choć widowisko jest niezłe, niestety jest to wizualnie dość wierna reprezentacja współczesnego kina akcji, i jak dla mnie jest to klęska gatunku filmowego. Wszystko opiera się o trzy punkty: trzęsąca się kamera, bardzo krótkie ujęcia, i taniej jakości CGI. W ten sposób pokazywane są drobne pojedynki, chociażby początkowe napieprzanie się Zoda i Jor-Ela, ale też gigantyczne sceny akcji, wybuchy. Pokazywane tak, żeby widza omylić, nie pokazać mu konkretnego. Co ogółem jest przykre.

Hans Zimmer muzycznie w sumie zanudził, poza naprawdę fajnym tematem z trailera i silną sekcją rytmiczną. Przeciętna reżyseria spowodowana jest bardzo słabym scenariuszem, w którym Superman zamiast być wzorem, ideałem do którego się wszyscy odnoszą, jest zwykłym, nieco złośliwym dziwakiem. To jest też kolejny superbohaterski film nie dla dzieci, nie z powodu przemocy, ale z przewijającej się nudy, brak jakiegokolwiek poczucia humoru.

Przy całym tym zamieszaniu aktorzy nie są źli: Henry Cavile jest napakowany i sympatyczny, na tyle na ile pozwala mu na to scenariusz (ale ten nie pozwala mu na wiele). Amy Adams jako Lois Lane nie jest zła, choć nie rozumiem, czemu nie mogła być brunetką. Jej podstawowym problemem jest brak bardziej rozbudowanej osobowości, jest obecna w większości scen, czasem bez żadnego szczególnego powodu, tylko, żeby Sup mógł z kimś porozmawiać. To, że Perry White jest czarny mi nie przeszkadza (choć w prawdziwym świecie musiałaby jakoś wyrazić się ironia kontrastu między jego kolorem twarzy i nazwiskiem), ale to, że nosi w uchu kolczyk, że niby redaktor naczelny czołowej gazety w Ameryce, nosi diament w uchu, to hollywoodzka bzdura i najbardziej fantazyjny pomysł tego filmu. W tle pojawiają się całkiem sympatyczni Boyd z Dollhouse’u, Mr. Gaeta z BSG i Tahmoh Penikett z obydwu seriali. Kevin Costner i Russel Crowe mnie jednakowo irytowali, obaj zdawali się być znudzeni swoją obecnością w filmie, ich role też są nieszczęsne, ale o tym za chwileczkę. Jasnymi punktami w filmie były dwie damy: Diana Lane naprawdę urocza Ma Kent i nadzwyczaj charyzmatyczna Antje Traue w roli niebezpiecznej Faory.

Teraz ponerdzę trochę bardziej spoilerowo, bo przede wszystkim ten film fabularnie popełnia kilka rzeczy niewybaczalnych.

Pa Kent jest amoralnym fanatykiem – to dla mnie największy błąd tego filmu, niewybaczalna pomyłka twórców, która całkowicie psuje postać Jonathana Kenta, ale tym samym samego Klarka. Superman jest kosmitą i to daje mu supersiły. Ale nie dlatego jest wzorem superbohatera, do którego wszystkie kolejne komiksy się odnoszą. Superman jest idealny, ponieważ jest prostym człowiekiem wychowanym przez miłych, uczciwych, szlachetnych, najczystszych moralnie rodziców, jakich nosi Ziemia: Martę i Jonathana Kentów, z okolic małego miasteczka w Kansas. Już przy zwiastunie, kiedy Pa Kent na pytanie „Co miałem zrobić, pozwolić im zginąć”, odpowiada „Może”, miałem ochotę krzyczeć głośno, ale wolałem poczekać, może to tylko trik montażu. Ale nie, faktycznie Goyer zmienił komiksowy wzór ojcostwa na filmowego moralnie zepsutego fanatyka, który przekłada do końca nieokreśloną wiarę w przyszłość adoptowanego syna nad życie niewinnych ludzi. Na dodatek stary Kent jest jednowymiarowy, jedyne co sobą reprezentuje to pesymizm i brak nadziei w ludzkość. Kiedy braknie podpory moralnej jaką jest Pa Kent, młodemu Kal-Elowi brakuje wzoru do naśladowania, przestaje być harcerzykiem, a staje się tylko osiłkiem. Wędrując po Ameryce Klark staje się chamem, gdy na przykład niszczy jednemu umiarkowanie niewinnemu kierowcy ciężarówki cały dobytek, wraz z przewożonym towarem, który najprawdopodobniej nawet nie był jego, tylko po to, żeby dać mu nauczkę. Tym samym Nolan po raz kolejny prezentuje superbohatera, który nawet na moment nie przejął by się nieszczęśliwą staruszką i jej zaginionym kotem. Bardzo złe, nieodpowiednie. No i z tą postacią wiąże się najgłupsza scena śmierci w historii współczesnego kina.

To co zupełnie niepotrzebne w tym filmie, to nowa mitologia Kryptonu, w której Kryptonianie są sztucznym, genetycznie kontrolowanym społeczeństwem, tworzonym według ustalonego kodu genetycznego. Którzy pominęli trochę umiejętność lotów kosmicznych, ale okiełznali lokalne latające jaszczurki. Co ciekawe „realistyczny” film nawet nie spróbował wyjaśnić dlaczego z całego rozsypującego się Kryptonu można było ewakuować tylko jedno niemowlę. Wracając do sklonowanego (choć nie składającego się tylko z klonów) społeczeństwa, Codex to w ogóle niepotrzebny i konfudujący makgaffin, niejasne jest dla mnie dlaczego informacje genetyczne przechowywane były w jednej skamieniałem czaszce, i w jaki sposób informacje przeniesione do pojedynczych komórek Kal-Ela miałyby doprowadzić do powstania nowego Kryptonu. Codex jest tu szczególnie ciekawym przykładem nowego tworu w kinowej fantastyce, bo…nie wiadomo co to jest. Problem leży chyba w tym, że filmowcy zamiast sięgać do źródeł, próbują niepotrzebnie wymyślać zupełnie nowe rzeczy. W Marvelu nikt nie próbuje wyważać otwartych drzwi, tesserakt jest o tyle prosty, wystarczy wiedzieć, że jest przedmiotem magicznym o wielkiej mocy.

Jor-El jako pendrive – tu dotykam scenariuszowego prostactwa, które na studiach i warsztatach pisarskich byłyby pewnie wyszydzane, ale w Hollywood jakoś przechodzą: jest żenującym wygodnictwem dopisać do filmu postać, która jest: nieśmiertelna, wszechpotężna, wszechwiedząca, i która, w sumie w dość losowych momentach filmu, pomaga głównym bohaterom. Tymczasem Jor-El uploadujący swoją „świadomość” do kolejnych kryptońskich statków jest właśnie takim dżinnem, który pomaga głównym bohaterom…ale tylko do pewnego stopnia, a potem w pewnym momencie, z resztą kosztem słabego żartu („Przechyl głowę w prawo”), niemal zabija Lois Lane. No i ma jakiś plan wobec Kal-Ela, jaki do końca chyba nikt nie wie, ale śmiem twierdzić, że również niezbyt dobry, skoro ma być zbawcą i liderem tych ludzkich małp. A właśnie, tak apropos Superman to Chrystus, jakby ktoś nie wiedział, topornie ma to narzucone kilkukrotnie, bez szczególnego stylu, oraz bez konkretnych wniosków.

Drobny seksizm w tle – wiadomo, że jest to film o muskularnym facecie, ale to nie tłumaczy dlaczego w filmie kobiety głównie przeszkadzają. O nijakości Lois już pisałem, a poza nią w filmie jest jedna asystentka Daily Planet…która wpada w tarapaty i Perry White musi ją ratować (i to przez nią prawie ginie), oraz asystentka pana generała, która w swoich dwóch jedynych scenach wykazuje się całkowitym brakiem profesjonalizmu, najpierw nie wiedząc co to terraforming, a potem rzucając finałowy żart „i just think he’s kind of hot”. Poważnie nie śmieszne. To drobne, ale tak bardzo irytująco głupie, że naprawdę nie rozumiem czemu musiało się znaleźć w filmie XXI wieku.

Siostra kazała mi się prześmiewać z wizji Supka stojącego na stosie czaszek, ale to akurat mi się całkiem podobało.

Ogółem więcej tu niedobrego niż dobrego, dlatego nie mógłbym dać więcej niż 4/10.

PS. Oczywiście, naturalnie. Nastoletni Klark czyta Platona. 🙄

Bracia Warner nie wiedzą co zrobić z komiksami

b-maniwbWiadomo. Lubię komiksy i oparte na nich filmy. Jednakże DC Comics, jedno z dwóch największych studiów komiksowych (tu jest jeden z fotomontaży porównywający obydwa uniwersa), które przechowuje prawa do niektórych z najfajniejszych superbohaterów, ma z przełożeniem tych postaci na film poważne problemy. Ich podstawowa konkurencja, czyli Marvel, wypuścił w tym roku „Avengersów”, którzy są zwieńczeniem pewnego ważnego etapu – próby prawidłowego stworzenia jednego wielkiego filmowego uniwersum, wypełnionego superbohaterami. Próba okazała się wielkim sukcesem, zarówno finansowym jak i jakościowym. A DC nadal błądzi, a to dlatego, że bracia Warner nie wiedzą co zrobić z komiksami.

Problemy Warner Brothers na temat adaptacji opisywałem już wcześniej, ale tamto dotyczyło tylko wycinka historii, kilku lat żmudnej przedprodukcji Supermana. Patrząc na zakończoną już trylogię Batmana w wersji Nolana, trzeba przyznać, że tą jedną postacią WB odniosło (pomimo mojej niechęci, o czym za chwilę) wielki sukces. Jeden z większych sukcesów w historii kina. Jednakże jest to sukces w pewnej mierze przypadkowy, to znaczy taki, którego moim zdaniem nie da się już powtórzyć…o czym przekonamy się na „Man of Steel”. Zresztą właśnie ten film to póki co ich jedyna nadzieja, bo DC/WB znajdują się obecnie w tragicznej sytuacji, gdzie w roku 2013 będą mieli tylko ten jeden komiksowy film z DC przeciwstawiony aż trzem konkurencji (trzeci Iron Man i drugi Thor ze studia Marvela, oraz dodatkowo Wolverine od Foxa). Rok 2014 będzie dla nich jeszcze trudniejszy, bo Marvel będzie miał swoich filmów co najmniej cztery (Kapitan Ameryka i Guardians of the Galaxy będące częścią uniwersum Marvela, oraz na bonus drugi Spider-man i drudzy Pierwsi X-meni)…a być może Edgar Wright zdąży jeszcze ze swoim Ant-Manem. Tymczasem Warner Bros w tej chwili patrzy tylko na swojego nowego Supermana i ma głęboką nadzieję, że to właśnie on pozwoli im na otworzenie wrót do tworzenia dalszego uniwersum…ku uciesze konkurencji, bo gdy DC zacznie przedstawiać nieśmiało swoje kolejne postaci, Marvel będzie już atakował „Avengersami 2” prowadzonymi ponownie przez Jossa Whedona. Jeżeli WB będzie próbowało dorównać im przedstawiając pierwsze przygody Marsjańskiego Manhuntera, to ludzie tego po prostu nie kupią.

Żeby nie było, że piszę słowa na wiatr, spójrzmy teraz na chwilę w przeszłość. Jest kilka artykułów, jeden nawet po polsku, które opisywały różne próby. Poniżej streszczona krótka historia nieistniejących superbohaterskich filmów z WB:

Superman Lives – film legendarny z uwagi na to, że jakąś wersję scenariusza napisał Kevin Smith, o jego przeżyciach z tym związanymi opowiedział podczas swojego pierwszego DVD. Oraz legendarny dlatego, że miał się nim zająć Tim Burton…a przede wszystkim dlatego. Nicholas Cage jako Superman. Film przeszedł przez tradycyjne piekło produkcyjne, z dziesiątkami wersji scenariusza i z wieloma aktorami, którzy mieli założyć czerwoną pelerynę. Tu nie szukam sensacji, w Hollywood to się zdarza. Prawdziwe jaja zaczynają się później.

Batman Triumphant – czyli kontynuacja schumacherowskiego Batmana. Tu akurat wina nie leży tylko po stronie Warner Bros, „Batman i Robin” to wyjątkowo zły film, który można oglądać z wielką przyjemnością, ale tylko napawając się campem, fatalnym aktorstwem, scenariuszem, idiotyzmami…i trochę szkoda, bo opowieści o piątym w serii Batmanie są interesujące. Co ciekawe, choć miał powrócić Schumacher, to kolejny jego film miał być mroczny, psychologiczny dramat, zupełnie przeciwieństwo Batmana 4. Głównym złoczyńcą miał być Scarecrow, który wywoływałby psychotyczne wizje Batmanowi, przez co do filmu powróciłby na chwilę Joker w wersji Nicholsona(!). Według plotek w filmie miała pojawić się też Harley Quinn, co już samo w sobie jest genialne. Zamiast tego WB. spróbowało wrócić do początku, zaczęli pracę nad…

Batman Year One – to inny pomysł WB z końca lat 90., wierna adaptacja komiksu Franka Millera. Na początku z projektem nadal związany był Schumacher, potem na scenę wkroczył Darren Aronofsky, wtedy jeszcze początkujący reżyser i scenarzysta. Swoją wersję tekstu do filmu konsultował ponoć z Frankiem Millerem, etap przedprodukcji był tak zaawansowany, że rozmawiano już z Christianem Balem o roli B-mana.

Batman Beyond – w tym samym czasie co Year One pracowano też nad filmową aktorską(!) wersją tej kreskówki, powstała przynajmniej jedna wersja scenariusza, a przy jej pisaniu brał udział też Paul Dini, czyli mózg animowanego Batmana z tamtego okresu. Ostatecznie WB zrezygnowało na rzecz następnego projektu:

Batman vs. Superman – film, który miał być łatwym wprowadzeniem dwóch najważniejszych superbohaterów DC (a może w ogóle całego świata) w najnowszy wiek. Tu wersji scenariusza było chyba kilka, wszystkie najpierw skłócały, potem godziły Supka i Batsa.

Superman: Flyby – próba restartu historii Supermana, najpierw obmyślana przez J. J. Abramsa w 2002 roku, tylko potem….WB zaczęło bawić się pomysłem Batman vs. Superman, więc tytuł zawieszono…żeby po fiasku prac nad Batman vs. Superman ponownie powrócić do Flyby. Dosłownie! Jak małe dzieci. Nad tym projektem konsultantem miał być Christopher Reeve, na głównego reżysera kreował się przede wszystkim McG. Ostatecznie WB postanowiło zainwestować w…kontynuację przygód Supermana, w dodatku tylko dwóch pierwszych oryginalnych filmów.

Bruce Wayne – tym razem serial telewizyjny, batmanowa wersja Smallville…którego był faktycznym prekursorem. W 1999 WB zainteresowało się scenariuszem pilota serialu opowiadającego o 18-letnim Waynie, który wraca do Gotham po wieloletniej tułaczce, musi odnaleźć się w nowym towarzystwie, odziedziczonym biznesie i znaleźć swoją misję. Scenarzyści napisali tylko scenariusz pilota…i pełną serialową biblię obejmującą sześć sezonów. Dlaczego serial nie poszedł? Przez kolejne rozmemłanie Warner Bros.: dział telewizyjny chciał projekt kontynuować, ale filmowy naciskał, że Batman powinien trafić jak najszybciej do kina (i musieliśmy czekać jeszcze cztery lata).

Przy czym najnowszy Superman, skoro już o tym mowa, też powstawał w bólach i znoju, swoje propozycje na film przedstawili różni ludzie komiksu: na przykład Grant Morrison (proponując filmową wersję All Star Superman), a z kolei Mark Millar wespół z Matthew Vaughnem zaplanowali od razu całą mroczną trylogię. WB zdecydowało się na, w ich myśleniu, pewniejszy krok zatrudnienia osoby, która choć trochę wpłynęła na ostatnią trylogię Batmana, więc zatrudnili Goyera. Co z tego wyniknie, zobaczymy.

Żeby było jasne, wymieniam tylko te tytuły, o których publicznie mówiono. To nie są jakieś luźne pomysły na film, marzenia fanów, rozdmuchane plotki dziennikarzy. Na nie-powstanie tych wszystkich filmów wydano grube miliony dolarów, setki godzin poświęcono na pisanie scenariuszy, a w niektórych przypadkach nawet robienie kostiumów, czy kręcenie próbnych zdjęć. Powstanie tych wszystkich epickich filmów było zatrzymywane czasem na ostatnią chwilę. Historia niezrealizowanych filmów z WB to jeden wielki clusterfuck.

Aha i jeszcze na rozsierdzenie fanów: Joss Whedon spędził dwa lata pisząc scenariusz filmu „Wonder Woman”. … I nikt nigdy na świecie tego filmu nie zobaczy.

Przy czym, chcę podkreślić, że zgodnie z moimi dawnymi wynurzeniami o adaptacjach, nie twierdzę, że filmy komiksowe muszą być wierne i zgodne z pierwowzorem. Batman w wersji Burtona też z komiksami niewiele ma wspólnego, nawet wizualnie, a jest pyszny. Skoro już o tym mowa. Nie lubię Batmana według wizji Nolana. No nie lubię, bo Bale jest zwykłym brutalem, chamem, w dodatku z poważnymi problemami psychicznymi, a nie najlepszym superbohaterem jakiego zna Ziemia, detektywem, niepokonanym rycerzem. Nolanowski Batman to szaleniec, zajmujący się tylko byciem Batmanem, w dodatku tylko na korporacyjnym poziomie, ten Batman nie pomoże staruszce zdjąć kota z drzewa, on jest mesjański, więc musi ratować ludzkość, ale tylko całą ludzkość. Śmiem twierdzić nawet więcej: Mroczy Rycerz w wersji Bale’a nie będzie usiłował powstrzymać zabójców w mrocznych zaułkach, którzy osieracają małe dzieci, a to się przecież zupełnie nie zgadza z podstawową motywacją tej postaci. Najbardziej jednak w dyskusji o adaptacjach Nolana denerwuje mnie często powtarzanie zdanie o rzekomym realizmie tej serii, że niby rzeczywistość pokazywana w filmach jest tak bardzo podobna do naszej. A to przecież bzdura, złoczyńcy są groteskowi, i choć ledgerowy Joker to ciekawa postać, dziwadło, ale ciekawe, ale już reszta to karykaturki. Harvey Dent to głownie zmarnowany potencjał, staje się „tym drugim” na siłę, jakby na koniec filmu Nolan postanowił sięgnąć po komiksy, zupełnie niepotrzebnie. W tych filmach pojawiają się też jednak elementy zwykłej fantastyki, jak magiczne urządzenie do tworzenia pary niczym z Szumachera, a przecież takim samym dynksem był bat-sonar z drugiej części filmu. Jedyne co pozostaje, to czekać na nową wersję Batmana.

Wracając jednak to adaptacji, komiksy z definicji nie są jednolite, każdy zeszyt komiksu to wspólna interpretacja scenarzysty i rysownika na temat konkretnej postaci. Film nie musi być wierny z komiksem w sensie fabuły czy elementów wizualnych, choć fajne jest gdy np. w Thorze pojawia się Destroyer żywcem wyjęty z komiksu. Komiksy opowiadają o konkretnej postaci, to są moce, tło jego życia, powstanie, to cechy charakteru. Ogółem tworzenie filmu o superbohaterze w oderwaniu od pierwotnej koncepcji mitycznej zazwyczaj nie działa, albo jak w nowym Spider-Manie pojawia się tylko powtarzalność, nie ma niczego nowego, przez co nie ma powodu żeby iść do kina. Komiksiarze zasługują na filmy wierne. Choć pisząc to, doskonale pamiętam o Green Lanternie, który zawarł całą komiksową mitologię, a mimo to jest szczególnie tragicznym przykładem próby oddania w całości komiksu, która się rozsypała. Jednakże ta porażka to raczej nie problem komiksów, tylko złego robienia filmów: rutyna opowiadania ciągle tych samych początków superbohaterskich, a także wyraźna niepewność tematyczna, bo tamten film zaczął powstawać jako Space Opera, ale potem wyraźnie zmieniał się w komedię, a potem w zwykłego akcyjniaka, co tylko dowodzi jak WB jest zagubione.

Nie martwcie się jednak, bo przybywam na ratunek. A oto jak Warner Bros. może się odnaleźć, odkryłem rozwiązanie jak mogą sobie poradzić: muszą wziąć się za tworzenie jednego superbohaterskiego świata, wyprzedzając Marvela. Rozwiązanie jest tylko jedno: pokazać jeden świat, ale zaczynając historię od środka. Świat pełen superbohaterów, superzłoczyńców i zwykłych mieszkańców pogodzonych z tym, że ich świat rządzony jest przez meta-ludzi. To jedyne rozwiązanie, bo jeżeli chcą robić to co zrobił Marvel, to trwać będzie bardzo długo, a ile publiczność może wytrzymać filmów o początkach bohaterów. Ja już od dawna mam dość origin story, w dodatku początki Flasha, Shazzama, czy Cyborga, to będą filmy boleśnie wtórne. Liga Sprawiedliwych, jako film dziejący się w świecie, w którym zaakceptowano istnienie nadludzi, pozwoli na stworzenie sytuacji, w której pojawienie się Flasha nie będzie czymś szokującym, zaszokuje to, że chce on komuś pomagać.

To fascynujące oglądać potężną korporację, która sobie nie radzi, ale też przykre, bo fani superbohaterów zasługują na oglądnie filmów gdzie akcja ma sens, gdzie jest jej dużo ale jest wciągająca, obecnie wydaje się mnóstwo pieniędzy, ale pokazywane pojedynki nie są ekscytujące, powinny być czymś więcej niż tylko biciem się po twarzy. Matrix pokazał, że pojedynki mogą być magiczne (wystarczy kraść z wuxii). A może za dużo wymagam, może Hollywood jest zbyt skomplikowane, zbyt rozrzutne i zbyt niezdecydowane, żeby zrobić dobry film o superbohaterze? Może zamiast tego trzeba pozostać przy genialnej animacji?

Superman jest super

Dziś naszła mnie chęć na komentarz plotkarsko-kinematograficzny.

Zack Snyder reżyseruje nowego Supermana. Wieść to przecież istotna dla każdego miłośnika dodatkowej muzy, wszyscy rzucili się do komentowania… No dobrze, tak naprawdę nie jest to ważna informacja. Tłumy widzów bardziej interesują się Sandrą Bullock, a tłumy krytyków ponurym kinem koreańskim, więc tak właściwie tą informacją nie interesuje się nikt. Oprócz mnie, dlatego skomentuję.

Zacznijmy od przeszłości. W 2005 roku młody i dobrze zapowiadający się reżyser, Christopher Nolan, znany przede wszystkim z „Memento”, nakręcił restart serii filmów o jednym z najpopularniejszych, ale też i najlepszych superbohaterów w historii ludzkości, jednej z podstaw superbohaterskiego uniwersum DC, czyli szpiczastouchego Batmana – film „Batman Begins”. Film ten zupełnie inaczej spojrzał na postać Batmana, kompletnie zerwał z filmową wizją Tima Burtona, ale też nie przejmował się wcale wizjami komiksowymi: ani nie słuchał zbyt mocno twórcy tej postaci Boba Kane’a, ani szalonego wizjonera Allana Moore’a („Zabójczy żart”), nie zajmował się też dość popularną obecne wizją Batmana autorstwa Paula Dini (animowany Batman lat 90., oraz gra Batman „Arkham Asylum”). Film zerwał z jakąkolwiek bajkowością i poszedł w tak zwany realizm, ostatnio bardzo popularny przy kinowych adaptacjach komiksów i filmach rozrywkowych ogółem. Gotham City w wizji Nolana przypomina bardziej nowoczesne połączenie Nowego Yorku z Chicago, niż ponure gotyckie Gotham ze strzelistymi budynkami i gigantycznymi statuami. A przy tym jest to film bardzo „mroczny”. Batman w wizji Nolana to brutalny osiłek, chodzący w kevlarowej zbroi i latający na super-mechanicznej lotni, a nie bystry detektyw z zamiłowaniem do chowania się w cieniach. Przyznaję, że osobiście nie przepadam za tym filmem. Jest poprawny jeśli chodzi o pokazanie początku drogi superbohatera, ma kilka ciekawych scen, całkiem niezłą obsadę, wybitną rolę Gary’ego Oldmana, oraz beznadziejną rolę Katie Holmes i bardzo złą muzykę. I jakoś za mało tam Batmana. Jednakże film okazał się być światowym sukcesem, zarobił wiele pieniędzy, spodobał się też poważnym krytykom. Nikt nie spodziewał się, że to dopiero początek szaleństwa…

Tymczasem w roku 2008 Marvel Comics, komiksowy wydawca konkurujący z DC Comics, właściciel takich postaci jak: Spider-man, Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk i wiele innych stworzonych przez Stana Lee, postanowił samemu wyprodukować adaptację kinową jednej ze swych postaci, po niezbyt wiernych, ale całkiem udanych finansowo adaptacjach obcych studiów: Spider-mana (w wykonaniu Sony) i X-men (w wykonaniu Foxa). Tak powstało studio Marvel Studios, oraz film „Iron Man” w reżyserii Jon Favreau, ze słynną główną rolą Roberta Downey Juniora. To udana adaptacja komiksu, w dużej mierze oparta na charyzmie głównego bohatera (albo tylko głównego aktora). Film jest na mojej prywatnej liście jako jeden z najsprawniej zrobionych filmów 2008 roku, a i widzowie na całym świecie zaskakująco ciepło przyjęli nieznanego szerzej bohatera i powracającego z odwyku Juniora.

W tym samym roku Christpher Nolan zaprezentował światu drugą część jego wizji Batmana – „Mrocznego Rycerza”. Film okazał się być poważnym kryminalnym dramatem, z legendarną rolą Heath’a Ledgera (dyskusje czy legenda ta powstała na wskutek śmierci aktora, czy pomimo niej, będą trwać do końca świata) i precyzyjnie napisanym scenariuszem autorstwa Christophera Nolan i jego brata Jonathana. Tego filmu też niestety nie uwielbiam, nawet nie za to jaki jest, ale za to, że niepotrzebnie zajmuje się postacią Batmana, bo jako film o jakimkolwiek innym superbohaterze mógłby się bronić, być może nawet byłby wybitny. Jednak w starciu z możliwościami uniwersum batmanowego, z potencjałem tej postaci, „Dark Knight” się w ogóle nie broni. Mimo to film okazał się być oszałamiającym sukcesem. Olbrzymim sukcesem. Sukcesem liczonym w 1,001,921,825 dolarach. Sukcesem, który wprawił studio filmowe Warner Brothers w dość duży głód. Głód większej ilości oszałamiających sukcesów.

A tymczasem Marvel dzięki „Iron Manowi” po raz pierwszy dorobił się poważniejszych pieniędzy. Co prawda 585 milionów to w porównaniu z miliardem niewiele, ale dla nowootwartego studia to sukces oszałamiający, a przede wszystkim pozwalający rozwinąć skrzydła. Marvel działał od wielu lat, więc doskonale wiedział jaki ma potencjał, poszedł na spryt i zamiast po kilkuodcinkowym wyczerpaniu przygód pojedynczych bohaterów, szukać coraz to nowych bohaterów, postanowił stworzyć coś, co w komiksach istnieje już od lat: wspólny świat, jedno wspólne uniwersum filmowe. Serię filmową składającą się z wielu podserii filmowych, które razem stworzą wielki i barwny świat superbohaterów Marvela. Zalążki tego planu widoczne są już w „Iron Manie”, oraz w drugim filmie z tamtego roku -„Incredible Hulk”, kilka prostych scen sprawiło, że zaczęło powstawać uniwersum, w którym superbohaterowie mogą się ze sobą spotkać; przyjaźnić, albo kłócić.

Głodne pieniędzy Warner Bros. zamarło. To przecież niezły pomysł, a DC należy do nas. Może też powinniśmy takie coś zrobić? Tylko co zrobić, żeby zarobić miliardy dolarów? Zaczęła się burza mózgów. A może Superman? Nie, to bez sensu, ten smutny film z 2006 wystarczająco nas wykończył finansowo. A może by tak Wonder Woman? Joss Whedon, ten geniusz, pracował nad scenariuszem o Wonder Woman przez kilka lat, może warto ten film zrealizować? Nie, to bez sensu. A może Green Lantern? A może Superman vs Batman, plotkujemy o tym projekcie od lat. Nie, to bez sensu. A może by tak „Młodych Tytanów”? Młodzieżowy film o nastoletnich superbohaterach, co mogłoby się nie udać? A może Superman? Nie, to bez sensu. A może od razu walnąć „Ligę Sprawiedliwości”, fani będą podskakiwać z radości. Nie, to bez sensu. A ile musimy jeszcze czekać na Batmana 3? Kończą nam się Harry Pottery do zarabiania pieniędzy, nikt nie miał pomysłu, więc musieliśmy robić ostatni tom na dwa filmy, żeby jakiś zamknąć rok finansowy, naprawdę nikt nie ma pomysłu? Doprawdy Warner Bros. wpadło w tak wielką konfudację, że było to aż zabawne. Serwisy niusowe doskonale oddawały, że studio miota się pomiędzy skrajnymi postawami: naśladowaniem Marvela i wykreowaniem jednego superprzygodowego uniwersum, a z drugiej strony ciągłe nawiązywanie do sukcesu „Dark Knighta” i osoby Christophera Nolana. WB zrobili jednak też rzecz zaskakującą – zgodzili się na zrobienie wiernego do granic możliwości Green Lanterna, z całokształtem mitologii: kosmiczną siłą porządkową, dziwacznymi kosmitami, wąsatym złoczyńcą i magicznym pierścionkiem. Na efekt końcowy poczekamy do czerwca 2011. No dobra, to niech będzie ten Superman, ale kto nam go zrobi? Nie mógłby Nolan? On jest taki zdolny. Nolan nie może? A może jego brat ma ochotę? Albo chociaż scenarzysta pierwszej części Batmana, David Goyer? Naprawdę nikt nie chce tknąć Supermana? Tylko musi być widowiskowo, i w 3D, i koniecznie ponuro-realistycznie, bo tak chcemy teraz kręcić filmy. Wreszcie jest, zgodził się! Chris Nolan zrobi nam Supermana. To znaczy może nie wyreżyseruje, bo to go akurat nie interesuje, ale zajmie się filmem, napisze scenariusz i będzie nadzorował produckję, jesteśmy uratowani. I Warner Bros. może było uratowane, ale Superman niekoniecznie, przecież różnice między Supermanem i Batmanem są olbrzymie, to dwie skrajnie różne postacie i potraktowanie ich tak samo najzwyczajniej w świecie nie powinno się udać. Czy się uda to się dopiero okaże. Ale ważny krok w stronę kina superbohaterskiego został podjęty.

Oto Krzyś Nolan nadzoruje film o Supermanie, który – że przypomnę, jest wzorem superbohatera, który współczesnym czytelnikom może wydać się dość nudny, bo to prosta i klasyczna postać, ale to przecież na jego podstawie istnieją wszyscy inni superbohaterowie. To On, Supcio, jest pierwowzorem. Ale Krzyś Nolan woli mroczne dramaty, więc całe szczęście, że reżyserię chce oddać komuś innemu, w dodatku rola ta przypadła Zackowi Snyderowi. Zack to dosyć zdolny wizjoner, jak dotąd zrobił udany rimejk Zombi trupów, naprawdę wybitne adaptacje „300” i „Strażników”. To własnie on, ze wszystkich płotkowych kandydatów na stanowisko reżysera tego filmu, zapewni jedno: epickie ujęcia latającego i walczącego na pięści Supermana. Kal-El w zwolnionym tempie leci atakując złowrogiego generała Zoda. Tak, to naprawdę może się udać.

A zatem mój komentarz: jest dobrze.

Komiksy są fajne

Komiks to medium miłe memu sercu. Bo to i w formie przyjemne (wszystkich ignorantów niedoceniających i niszczących ową kulturę obrazkową – mówię tu o tego typu akcjach, tych wszystkich oficjeli i mądrali – najchętniej bym…pouszkadzał, mówiąc łagodnie), a przede wszystkim zróżnicowane bardzo. Stylem, treścią, konwencją. Wszystkim.

I choć cenię sobie kurosawatowatego królika samuraja Stana Sakai, choć uwielbiam noirowego kota Filem…Blacksada, choć znam trochę komiks japoński, klasykę polską i Asteriksa (z kolei nie znam wielu trudnych komiksów uważanych za Wielkie) to i tak najbardziej lubie Superbohaterów. Marvel. DC. Czyli X-men, złowrogi mechaniczny Iron-Man, śmiesznie banalna Fantastycna Czwórka i swawolna She-Hulk. Oraz prostacki Superman, genialny Batman, robinhoodowaty Green Arrow, czy znowuż swawolna Supergirl. To są komiksy proste i często banalne, ale też i zabawne, oraz, i to mnie nawet początkowo zdziwiło, brutalne. Oczywiście cała kultura robi się na coraz brutalniejszą. Świadczą o tym nie tylko idiotyczne horrory, ale i ekranizacje „300”, „Sin City”, czy fakt tak mocnej wymowy filmu „Labirynt Fauna” (który polecam!). Ale i komiksy są brutalnawe. Nie powiedziałbym, że komiks superbohaterski powinny czytać dzieci. To literatura dla nastolatków, dla młodzieży starszej…i dla mnie. I są te komiksy coraz poważniejsze, bo i czytelnicy robią się (niekiedy) coraz to bardziej wymagający.

0805071A kiedyś…Kiedyś było dziwnie. W roku 1954, a więc aż w zeszłym wieku, amerykańscy twórcy komiksu stworzyli wspólną organizację, która określała tematy, o których można pisać. Sami sobie zrobili swoją cenzurę. Choć tu trzeba oddać, że czasy były inne, a kuriozalne naciski społeczne bardzo silne. Żeby było śmieszniej za rebelianta i przełom w cenzurze uznaje się #96 numer „Spider-mana” z roku 81. O całej tej akcji polecam gorąco przeczytać sobie stosowny artykuł, a sam popastwię się chwilę. Bo oto, skoro nie można było pisać o najciekawszych rzeczach w temacie zbrodni i opowieści detektywistycznych, trzeba było znaleźć tematy zastępcze. To wtedy powstawały takie komiksy jak „Superman’s girl friend Lois Lane”, albo „Superman’s pal Jimmy Olsen”. I jest taka strona, która zbiera wszystkie dziwne okładki związane (głównie) ze Supermanem. I jest to hardkor. Czysty, żywy hardkor. Czemuż, ach czemu wcześniej nie znałem tej strony? Masakra jakaś.

W pierwszym nowym wpisie, tym z 14 kwietnia, ostatnia linijka to „biłer of terrible Oriental Egghead and his fearfull moustacje trap”. A to właśnie z powodu jednego hardkorowego czarnego bohatera, a mianowicie złowrogiego „Oriental Eggheada”, czyli nic innego jak wielkie i złe…jajko. Orientalne – żeby nie było wątpliwości. Jest, czy raczej był (pierwsze pojawienie rok 1965), jednym z wielu przeciwników Wonder Woman, a jego główną tajemną bronią była jak widać pułapka wąsawa. Żeby było śmieszniej najlepszym sposobem na pokonanie Orientalnego Jajogłowa jest go zwyczajnie…rozbić. Żeby było gorzej, po Egg Fu pierwszym przyszła kolej na kolejnych – tak doszło aż do Egg Fu piątego. Żeby było dziwniej, okazuje się, że i we współczesnym świecie DC pojawia się kolejna wersja Jajowatego zbrodniarza.

Hardkor. Czysty, żywy, hardkor.