Seks przechodzi do mainstreamu?

Aha! Ja wiem jak z klasą powrócić na łamy i od razu zainteresować i przyciągnąć czytelnika. Sprośność przyciąga. Jak wiadomo nie ma nic oryginalnego, wszystko już było (rzekł Ben Akiba*), wiadomo też, że lubię obserwować nowe popkulturowe trendy. No to w Ameryce pojawił się nowy fenomen pod tytułem „Fifty Shades of Gray”. To książka i od razu powiem, że nie mam planów żeby ją przeczytać, bo brak mi na to czasu i odwagi, ale jest to interesujący projekt. Po pierwsze powstał jako fanfik (a wiem już o nich trochę, bo na nich się wykształciłem :]), opowiadanie z fandomu Zmierzchu. Wynika z tego, że słaba, ale dobrze sprzedająca się książka, wygenerowała stworzenie jeszcze gorszej literatury. Fanfik był mocno erotyczny, wręcz ocierający się o slashfiction, a po jakimś czasie został przerobiony, żeby odłączyć się od nudnej Belli i świecących wampirów. Tak powstały niezwykle oryginalne przygody młodej niedoświadczonej dziewczyny Anastasi Steele, która poznaje obeznanego i wyuzdanego multimilionera Christiana Greya. … Tak, to z grubsza jest cała fabuła (i to chyba całej książkowej trylogii). Książka wyróżnia się z reszty tym, że jest mocno seksualna, żeby nie mówić wyuzdana, zawiera elementy BDSM, czyli seksualnej dominacji i uległości. To fascynujące, bo pomimo tej „sprośności” (albo właśnie dzięki niej), książka została wydana i stała się olbrzymim hitem, bestellerem wśród wszystkich matek amerykańskich.

Swoje opinie i wiedzę na temat książki czerpię tylko w oparciu o wzmianki w amerykańskich mediach głównych i internetowych, a także pewnej konkretnej audycji podkastowej, w której specjalistki od przyjemnych spraw seksualnych (nie seksuolodzy a sekseksperci – znawcy prawidłowych czynności przynoszących przyjemność) wypowiadały się na jej temat. Jak twierdzą, o ile książka jest słaba, napisana nędznym językiem, z nijaką fabułą, ale interesującymi elementami seksualności. I co prawda są też elementy irytujące, na przykład główna bohaterka, która wzniosłą przyjemność** osiąga bez najmniejszych problemów i szczególnej pracy, co czytelniczki może frustrować. Ale już sama relacja BDSM jest opisana podobno w sposób kompetentny, trafiony i ogółem prawidłowy. Według ekspertek położono tu nacisk na umowę między poddanym i uciskającym, która jest gwarancją dobrej zabawy przy takiego rodzaju zajęciach. Bo wbrew stereotypom fetysze tego rodzaju zawsze polegają na zgodzie obydwu stron, tzw. safe word, to nie tylko obiekt żartów (it’s banana), ale ważny element istniejący w tego typu zajęciach. Jest dla mnie niezwykle fascynujące, że to co dotąd było tematem schowanym, staje się teraz częścią głównego nurtu.

„Fifty Shades of Gray” to zapewne tylko słabo napisane popłuczyny po „Zmierzchu”, ale
muszą mieć coś w sobie, prawdopodobnie tego pornosa, bo już dość dużo mówi się o adaptacji kinowej. Jednakże książka w takiej oryginalnej, „otwartej”, formie chyba nie może się pokazać w kinie, W „Grach głodu” problem był nieco podobny, tam małe dzieci miały zabijać się nawzajem…i w kinie faktycznie też się zabijały, nie było to jakoś szczególnie złagodzone, ani zbrutalizowane. Pod tym względem film jest dość wierną adaptacją realistycznych potyczek młodzież na śmierć (i jedno życie). Ciekawe czy taką samą drogą zostanie zrealizowane „Pięćdziesiąt Odcieniu Szarego”. Ale trudno mi to sobie wyobrazić.

To fascynujące, że w Ameryce, która nadal dyktuje to co może i nie może w mainstreamie zaistnieć, króluje dość spora pruderia, a wszystko przez nieszczęsny cycek Janet Jackson, czyli legendarną kontrowersję z XXXVIII Super Bowl, gdzie Janeta tańcząc z Justinem Timberlakiem, na zawsze zmienili oblicze telewizji. Podczas wymyślnych pseudo-ero-tańców pierś wyskoczyła jej z dziwacznego popowego kostiumu na pół sekundy (dosłownie!) i to wystarczyło. Ruszyła lawina oburzeń, dyskusji o demoralizacji i o protestów przeciwko przeerotyzowaniu wszystkiego co istnieje. Nie powiem, coś w tym pewnie było. Jednak efekt tej lawiny był taki, że zmieciono z powierzchni ziemi nie tylko przesadzone nawiązania do erotyki, ale w ogóle wszystko co tylko może być związane z seksem i cielesnością. Dosłownie wszystkie seriale i programy telewizyjne produkowane po nieszczęsnym „Nipplegate” były automatycznie cenzurowane i łagodzone, co z resztą ładnie pokazał Family Guy w odcinku „PTV”. Oczywiście mowa o stacjach amerykańskich ogólnonarodowych, kablówki rządziły i rządzą się trochę innymi prawami. W Polsce też sytuacja wygląd nieco inaczej, i kobiece piersi w epopei narodowej (lub religijnej) mogłyby oglądać pewnie dzieci z przedszkola. Ale problem nadmiernej pruderii pozostaje żywy, zwłaszcza, że przenosi się też do kin. Kevin Smith lubi powtarzać, że żyjemy w dziwnej schizoidalnej dwoistości, gdzie jakiekolwiek brzydkie słowo, zwykłe wspomnienie o zbereźności, zwykła kobieca pierś, nawet karmiąca, pojawiająca się w głównych mediach jest czymś strasznym, a jednocześnie każdy dziesięciolatek ma w każdej chwili możliwość obejrzenia w internecie jak ludzie robią różne niesamowite rzeczy z różnymi ludźmi, przedmiotami i pozostałymi rzeczami, o których nawet szkoda pisać (43 zasada internetu). Być może ten głupkowaty romans stanie się elementem rewolucji otwartego nie-erotycznego pokazywanie i mówienia o seksie. Póki co Amerykanie przynajmniej potrafią prześmiewać się coraz mocniej z tego typu tematów: link do dowcipnego wideo.

* Muszę się kiedyś dowiedzieć skąd pochodzi to powiedzenie.
** Wzniosła przyjemność – mój nowy ulubiony synonim orgazmu.

Gry głodu

Piszę pracę magisterską. Piszę pracę magisterską. No dobra, nie piszę.

Bardzo lubię wiedzieć czym zachwyca się popkulturowy świat, nawet jeśli jest to przeciętne. Lubię wiedzieć jak skończy się Harry Potter, nawet jeśli przyjemność z lektury po raz ostatni czerpałem przy tomie piątym. Lubię wiedzieć jak czyta się Eragona, nawet jeśli nie ma w nim ani jednego oryginalnego pomysłu. Lubię wiedzieć o czym ludzie gadają gdy tak chwalą trylogię Larssona, nawet jeśli tak naprawdę są to przegadane i bardzo przeciętne thrillery. Lubię sprawdzić dlaczego tak duża część świata zachwyca się książkami o wampirach z uczuciami, choć tego ostatniego niestety nadal nie rozumiem. Postanowiłem więc również sprawdzić o co chodzi z następnym dziełem, które znajduje sobie coraz większą publiczność, czyli o co chodzi w książkowej serii młodzieżowej „Hunger Games”.

hunger_games2216-letnia Katniss nie ma lekkiego życia, jako mieszkanka 12 kolonii, najbiedniejszej z całego kraju Panem. Musi wciąż szukać sposobów na znalezienie jedzenia, żeby zaopiekować się swoją rodziną: młodszą siostrą i pogrążoną w szaleństwie matką. Ojca straciła w kopalni, bo to górnictwo jest podstawą istnienia dwunastego dystryktu, a sama nauczyła się od ojca polować w pobliskich lasach pełnych niebezpiecznych dzikich psów i niedźwiedzi. Jednakże Katniss nie narzekałaby specjalnie na swoje życie gdyby nie Gry Głodu, coroczne obowiązkowe zawody, w których 24 młodocianych przedstawicieli każdej kolonii musi stanąć w szranki, walcząc na śmierć i życie, za dawne, lecz niezapomniane przewinienie: nieudane powstanie przeciwko Stolicy. Gry głodu to ponure przedstawienie pokazywane przymusowo wszystkim mieszkańcom, to bezlitosne igrzyska prowadzone przez najmłodszych mieszkańców 12 kolonii ku uciesze i przestrodze wszystkich obywateli. Złośliwość losu sprawiła, że w nową edycję gier zostaje wrzucona też Katniss, więc musi się ona teraz sprawdzić na polu bitwy. Seria „Gry głodu” (czy jak chciał polski wydawca „Igrzyska śmierci”) to książki młodzieżowe, pisane są więc krótko, w zgrabnych zdaniach i dość prostych słowach, a zatem czytanie ich jest dość łatwe i przyjemne. To co szczególnie wciąga to ponury świat kreowany przez autorkę: przejmujemy się losem głównej bohaterki, bo świat, w którym musi się poruszać jest nieprzewidywalny, a nawet nieobliczalny, nie wiemy czy zginie, czy tylko zostanie ciężko ranna, czy którekolwiek z jej przyjaciół dotrwa do końca rozdziału. To odświeżające i wcale niezłe doświadczenie.

Ta książka powinna bardzo dziwne rzeczy robić z czytelnikami i odbiorcami. Oto grupa dzieci, no niech będzie nastolatków, w wieku od 12 do 18 lat, zostaje zamknięta na jednym obszarze i pod ścisłą kontrolą i obserwacją kamer muszą wybijać się nawzajem. I to dość realistycznie, tam gdzie trzeba brutalnie, tam gdzie można powoli i żmudnie. Gdy 120 lat temu nastolatki uprawiały seks w teatrze wywoływało to skandal, dziś pewnie też by jakiś może wywoływało, ale już ich wzajemne zabijanie się nie robi takiego wrażenia. Z drugiej strony nie ma co się rozczulać, dzieci w naszym cywilizowanym świecie pojawiły się…dopiero na początku XX wieku, wcześniej były po prostu miniaturami dorosłych, najpierw matki, potem ojca, dopiero przy mieście, masie, maszynie dzieci zaczęły dostawać swoje lalki, samochodziki, miniaturowych żołnierzy i transformersy. A przecież czym są główni bohaterowie Gier Głodu, jeżeli nie mniejszymi wersjami dorosłych, początkującymi wersjami bohaterów, bojowników i herosów, Herkulesów i Wiedźminów i Xen. To co książkę ratuje od bzdurnego gloryfikowania przemocy to właśnie realizm, zgrabne podkreślanie nie tylko wagi ludzkiego życia, ale też istoty bycia w pełni zdrowia, albo posiadania w życiu takich umiejętności, jak skradania, strzelania z łuku, czy po prostu trudów wchodzenia na drzewa. Dzięki temu jest to lektura świeża i ekscytująca, więc w sumie ją polecam.

„Gra głodu” to jednak nie koniec przygód młodej Katniss, jej historia została kontynuowana, a całość zamyka się w, tradycyjnej już chyba, książkowej trylogii. O kontynuacjach nie będę się rozwodził, bo nie czytałem co będzie dalej. Może kiedyś. Ale to też jeszcze nie koniec, bo Hollywood również oszalało na punkcie serii Hunger Games, w pewnej mierze zachwycając się oryginalnym materiałem, a w pewnej mierze po prostu szukając następnej franszyzy, po Harrym Potterze, czy Zmierzchu. Rzecz w tym, że ta książka nie ma zbyt wiele wspólnego, z tymi poprzednimi. Owszem rozterki sercowe głównej bohaterki przypominają nieco wahania nie znającej się na niczym emo-dziewczyny między dwoma bardzo różnymi, ale bardzo smacznymi samcami, a sama autorka z wielką swobodą i konsekwencją wymyśla kolejne elementy kreowanego przez nią świata, z wyobraźnią równie wielką jak J.K. Rowling, ale to za mało na widowiskowe kino przygody. Z resztą jeśli chodzi o elementy fabuły, jest zadziwiające z jak nietypowych źródeł można znaleźć inspiracje: moralność i główny temat, czyli zarządzane przez władze walki dzieci to właściwie kopia „Battle Royale”, a rodzina bohaterki jako żywo przypomina tą z „Do szpiku kości”. Z resztą to może przesadne sugerowanie się, bo główną rolę w Hungry Games zagra znakomita aktorka, nominowana do Oskara właśnie za wspomniany film, Jennifer Lawrence. Pokazali nawet pierwsze jej zdjęcia w gazetach i wygląda naprawdę odpowiednio. Mniej niż obsada martwi mnie co innego: książka z grubsza skierowana jest do tak zwanego młodego czytelnika, film będzie z pewnością kręcony pod 13-latków, bo to oni przynoszą z rodzicami najwięcej pieniędzy, ale co może ten film im przekazać? Jeżeli film zostanie zrobiony dobrze to, bardzo podobnie jak ksiązka, będzie zachęcać młodzież do nauki strzelania z łuku i wielogodzinnych spacerów po lesie. Jeżeli zostanie zrobiony hollywoodzko to każe młodym myśleć niezależnie, bez zaufania starszym. Jeżeli zostanie zrobiony źle to będzie zachęcać do mordowania się nawzajem. Ciekawe którą opcję wybierze Hollywood?

Książki niszczą ludzi

Parę dni temu przeczytałem uroczy artykuł z New York Timesa pod tytułem „It’s Not You, It’s Your Books”. Oczywiście nie będę Was aż tak oszukiwać, nie jestem na tyle oczytany, żeby regularnie zaglądać na stronę NYT, szczęśliwie niecna żydowsko-cyklistyczna Gazeta.pl zamieściła go w znacznie przyjemniejszym języku: „Czy można być z kimś, kto czyta kiepskie książki?”.

Strasznie zabawny temat patrząc szczegółowo: szczególnie pamiętając, że w Polsce książki czyta zaledwie garstka ludzi, głównie kobiety, zaś sama biedna książeczka stała się dla ludzi tylko lekturowym obowiązkiem, podajnikiem bardziej szczegółowej wiedzy, ewentualnie źródłem letniej rozrywki. Z resztą co tam – pożyczyć, to jeszcze można. Ale kupić? Wydawać pieniądze na książkę? Absurd. Ja sam co do książek uczucia mam bardzo mieszane*, oto z jednej strony je uwielbiam, zbieram, niemal czczę (niemal ocierając się o nie w ekstatycznym transie…bo niemal też robi dużą różnicę, nie?), ale też z drugiej za dużo ich jest, a ja za wolno czytam, dodatkowo zajęty innymi żywszymi mediami, albo pisaniem głupot. Jak dobrze widać na mojej ścianie wstydu literaturę uważam za kolejną miłą rozrywkę, za możliwość zwiedzenia obcych światów, przeżycia wspaniałych przygód, poznania niezwykłych bohaterów, odkrycia nowych pokładów humoru. Ot, czytam głównie rzeczy proste. Puszkin? Uciekałbym gdzie pieprz rośnie. I która mnie teraz zechce? ;>

Strasznie zabawny temat patrząc globalnie: sam główny problem artykułu jest oczywiście absurdalny, raz, że – zakładam to całkiem idealistycznie i teoretycznie – jeśli już jakaś para bierze ślub to jeden człowiek z drugim** powinni znać się na tyle, żeby wiedzieć, że jeden jest tukiem czytającym tylko pulpę, a drugi intelektualistą zaczytanym w…jakimś dobrym pisarzu ;). Dwa, że jeśli ludzie po jakimś czasie nagle kończą wspólne życie to książkami raczej tylko zasłaniają sobie inne poważniejsze problemy i niedoskonałości. Jest to wreszcie problem absurdalny, bo przecież jeśli ktoś nie zna słów Sartre’a, filozofii Kanta, albo filmu Georga Lucasa, to po prostu…trzeba mu je polecić, zaprezentować, pokazać, wyjaśnić.***

Ale z drugiej ręki bardzo cieszy, że są na świecie ludzie, którzy tak bardzo przejmują się książkami. Z resztą o czym ja tu gadam. To jest w dużej mierze artykuł o życiu miłosnym na Manhattanie, a tam inni ludzie są. Nowy Jork. Dziwny kraj.


* walka z pseudointelektualizmem wygrana, nie użyłem słowa „ambwiwalentny”.

** dziwne to czasy, niespokojne chyba, skoro znacznie bezpieczniej jest mi pisać na temat parowania się ludzi bezpłciowo. Trochę to polityczna poprawność, trochę ostrożność…a trochę bez sensu.

*** dopiero jak się nie zachwyci należy zerwać znajomość :]