Arcyciekawa aranżacja: "Gdy ma gitara łagodnie łka"

Świat dzieli się ponoć na tych od Paula McCartneya i tych od Johna Lennona. Jednak wśród Beatlesów do mnie zawsze najbardziej przemawiają piosenki George’a Harrisona. Przede wszystkim fenomenalne „Something”, ale ostatnio także inna pieśń o życiu, lenistwie i muzyce. „While My Guitar Gently Weeps”. Zagrane w przeróżnych wersjach. Choć główną uwagę na tę piosenkę zwrócił mi Floyd Pepper śpiewający w jednym z odcinków „Muppet Show”, w wersji na jedną gitarę i późnowieczorne nucenie na balkonie. Tutaj znów objawia się geniusz Hensona i jego ekipy: kiedy Floyd pociesza swoją elektryczną dziecinę słyszymy, że dotarli oni do samej podstawy tej pieśni (właśnie tak chciał ja słyszeć Harrison).
Ale wersji tej piosenki jest tak wiele. Można ją pozaziemsko grać na ukulele, wirtuozersko wyrzeźbić na dwóch gitarach, albo magicznie zaśpiewać w sweterku. Można też trzymać się nieco bliżej oryginalnej wersji tak jak to zrobili Tom Petty, Jeff Lynne, Dhani Harrison i Prince (to solo!) gdy wprowadzali George’a Harrisona do Rock and Roll Hall of Fame, albo gdy wyjąco-metalowo przeżywał ją Jeff Healey. Ale jednak ostateczną aranżacją tej piosenki chyba powinien zająć się sam autor, razem z przyjaciółmi, muzykami najwyższej klasy. Przed wami Elton John, Phill Collins, Jeff Lyne, Eric Clapton (który miał ponoć grać solo w oryginalnej wersji), Ringo Starr i George Harrison z piosenką „While My Guitar Gently Weeps”:


Arcyciekawe i arcypiękne.

Arcyciekawa Aranżacja: "Wave"

Każdy rolnik z Południowej Karoliny wie doskonale, że mistrzem bossa novy był Antonio Carlos Jobim. Światu znany przede wszystkim z prześlicznej piosenki „Girl From Ipanema” napisanej razem z Astrudem Gilberto, a wykonywanej przez niemal wszystkich, zaczynając od Franka Sinatry. Można śmiało rzecz, że Jobim stworzył bossę. Stworzył też takie cacuszko „Wave” na swojej płycie pod tym samym tytułem. Rzecz stała się słynna i również wykonywana przez wielu artystów…nawet Sinatra ją ukradł i śpiewał…na YouTubie każdy pokazujący się gitarzysta to gra, nawet Mercedes na banjo…więc jak to jest, że najlepiej wykonały to Muppety?!

Sami sobie posłuchajcie. Rezygnując z wizji, ignorując stękania Miss Piggy, i mizerną jakość dźwięku. Wsłuchajcie się dobrze w tą muzykę pingwinów. Śliczne, prawda? Naprawdę jest to najlepsze wykonanie „Waves” jakie dotąd słyszałem. Wydaje mi się, że najistotniejsza w tej wersji jest kameralność – jedna gitara elektryczna i jeden głos prowadzący w postaci harmonijki, kojarzy się to z tym co przedstawia scena – graniem dla przyjemności, bez przygotowania. Oglądając to wydaje się, że każdy mógłby tak sobie usiąść z gitarką i zagrać „Fale”. No i podkreśla to, co w „Wave” najlepsze, czyli główna melodia, której w oryginalnej wersji w wykonaniu pianina prawie nie słychać.
Muppety rządzą.

Avenue Q

Jest to jeden z tych musicali od którego w pewnym sensie wszystko się dla mnie zaczęło. Oto jakiś czas temu (dawno, dawno) kolega pokazał mi film youtubowy zrobiony na podstawie WoWa z muzyką – jak się to dopiero później okazało – z musicalu. Zachwyciłem się! Ten tekst wymiatał humorem, i zgrabnie skleconymi rymami. Być wulgarnym to żaden problem, ale zrobić to z klasą! To jest to. A więc witajcie na Alei Q…

avenue_large
Nowy Jork. Czasy współczesne. Młody Princeton właśnie skończył studia i zaczyna swoje dorosłe życie. Szuka w tym swoim życiu domu, pracy, własnej dziewczyny, ale przede wszystkim celu. Jakiejś idei dla której warto żyć. („jeździć po świecie i jarać jointy”). Trafia na „Avenue Q”, która – jak literka wskazuje – jest najtańsza wśród wszystkich alej. Spotyka tam grupę przyjaciół: komika z powołania Briana, jego dziewczynę terapeutkę Christmas, dwóch przyjaciół Nick’iego i Roda, romantyczkę nauczycielkę Kate Monster. Wszystkiego pilnuje Gary Coleman – dawniej dziecięca gwiazda, teraz biedny dozorca.
O tym jest musical. O chłopaku, dziewczynie. O tym, że jeśli ktoś jest gejem to nie powinien się wstydzić (nawet jeśli jest republikaninem). O tym, że w każdym jest odrobina rasizmu. Że jeśli ktoś uprawia seks, to ma prawo być głośny. Że na studiach było człowiekowi lepiej. O tym, że schadenfreude to rzecz trzymająca ludzkość przy życiu. Że lepiej jest dawać niż brać. I że wszystko jest w życiu chwilowe. Nawet George Bush.

Ale to nie koniec – bohaterowie to ludzie i…kukiełki. Jak wyjęte z Ulicy Sezamkowej! (Co nie powinno specjalnie dziwić, bo ich twórcą jest odtwórca jednej z ról w oryginalnej obsadzie broadwayowskiej, który pracował wcześniej u Jima Hansona tworząc kukiełki właśnie do Sezamkowej.) W dodatku nie jest to program dla dzieci – i przeklinają co nieco, tematy poruszają dorosłe, i nawet seks uprawiają. Kukiełki. Na scenie. Nie powinny więc dziwić moje porównania tego spektaklu do mieszaniny Ulicy Sezamkowej i South Parku, albo Muppet Show i Monty Pythona.

Już zauważyliście? To naprawdę jest musical o życiu. Takim codziennym – choć rzecz dzieje się w Ameryce, zupełnie nic by się nie stało gdyby dotarł też do nas. W końcu „Avenue Q” zdobywa już cały świat, prócz Broadwayu swoje premiery miał: w Las Vegas, Londynie, Kanadzie, Sztokholmie, Helsinkach, Manili i Tel Avivie.

Muzykę i słowa tworzyli (co trzeba dodać – dosyć długo) panowie Robert Lopez i Jeff Marx (teraz pracują ponoć nad musicalem z ludźmi od South Parku) . Ich teksty są błyskotliwe z dużą ilością żartów, z dosyć trudnym ulicznym językiem, ale z dużą ilością humoru i luzu. Muzycznie również jest to rzecz wybitna – wyróżnia się na tle pozostałych ostatnich produkcjach i wpada w ucho. Z resztą kto by nie chciał zaśpiewać, że „It sucks to be me”?

Jeśli miałbym mówić o swoim ulubionym musicalu, Avenue Q musiałoby się tam znaleźć.