Dwugłos o gruszkach

Moje postępujące rozmemłanie trochę mnie dręczy. Mam na przykład rozgrzebanych już kilka nadmiernie interesujących notek na bloga, ale coś nie mogę się nimi zająć. Z resztą nie tylko nimi, mam też wiele innych tekstów na inne miejsca. Podobnie jak z kilkunastoma napoczętymi książkami, serialami telewizyjnymi i toną podkastów w kolejce. O czym z resztą też chciałem kiedyś napisać. Ale ja nie o tym. Wbrew pozorom nie chciałem pisać wpisu depresyjnego związanego z brakiem czasu, tylko nieudolnie zasegwayować*, że żonglowanie wieloma sprawami prowadzić może do wielu głosów, a najmniejszy wielogłos, to dwugłos, a dwugłos to ciekawa forma Arcyciekawej Aranżacji.

Czyli o tym jak powstanie piosenka będąca bezpośrednią odpowiedzią na inną piosenkę, a czasem przy okazji ciężką satyrą na treść tej poprzedniej. Po raz kolejny w dziale przedstawiam Wały Jagiellońskie, ale wcześniej Maryla. Lubię Marylę, bo mimo pewnej przaśności i festiwalowości, potrafi ona przez całą karierę tworzyć rzeczy znakomite, a przy okazji potrafi być prawdziwą polską gwiazdą country. Ale tym razem grusza polska i jej problemy względem leżenia. ‚Nuff said. Zapraszam do słuchania.

* Anglojęzyczne segue jako pojęcie śródtematu prowadzącego od jednego do drugiego tematu to znakomity wynalazek, zasługujący na polską wersję. Tylko nie wiem jakie by to miało być słowo. Segłej?

Rock And Roll Nerd

Znalazłem nowego muzycznego idola. To nie zdarza się często. Choć słucham dość dużo muzyki, i przynajmniej połowę słuchania staram się przeznaczyć na rzeczy nowe, i na nieznanych mi wykonawców, to jednak niewiele z tego porusza mnie jakość szczególnie, a naprawdę niewiele robi aż takie wrażenie. Tymczasem wysłuchałem jednego koncertu, potem płyty, drugiej, trzeciej…potem powtórzyłem kilka razy. I właśnie w ten sposób zachwycił mnie Tim Minchin.

Tim to rockandrollowy nerd, o czym sam poświadcza poniższą piosenką. To chyba najlepsze wprowadzenie do jego twórczości. Piosenka, jakby napisana wbrew zasadom pisania piosenek, przedstawia dziwnego intelektualistę, introwertyka, marzyciela, gwiazdę, idola i nerda oczywiście. Z dość surowym poczuciem humoru. I tu przepraszam, że od razu zdradzam puentę, ale piosenka mówi przede wszystkim o trudnym losie pianisty i poety:

Droga do poznania Tima była długa i dość zagmatwana (jest też kolejny dowodem na wybitność internetu). Otóż słuchając regularnie podkastu nerdist poznałem zabawny tercet komediowy z Australii o skromnej nazwie Axis of Awesome. Zabawni goście zajmują się śmiesznymi, ale prostymi piosenkami, ale pewnego razu ich pianista, zagrał z innym artystą w tym widele. I właśnie w tym wideo po raz pierwszy ujrzałem i usłyszałem Tima Minchina, gdy przygrywał żywo na pianinie i śpiewał piosenkę zawierającą głównie wulgarne angielskie słowo „fuck”, a wszystkie te wulgaryzmy skierowane do…papieża. To mnie dość zaintrygowało, ale jeszcze nie zachwyciło, nawet usłyszenie pełnej wersji tej piosenki nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, choć było naprawdę chwytliwe i znakomicie zagrane na pianinie. Gdy zobaczyłem jednak, że muzyk ten występował z orkiestrą symfoniczną, to zaintrygowanie się pogłębiło.

Tim już na pierwszy rzut oka robi wrażenie, z tą swoją dziwaczną fryzurą, silnym makijażem, bosymi stopami, werwą z jaką gra i śpiewa swoje cudaczne piosenki i oczywiście ciągłymi minami rzucanymi w stronę publiczności. Śpiewa o wszystkim: od miłości do żony, po niechęć wobec głupoty ludzkiej. Od problemów codziennego życia, po problemy pośmiertne. A także o wielu dowcipnych rzeczach: o dziwnych fantazjach seksualnych, dmuchanej miłości, przekonaniach, trudach zajmowania się dziećmi albo o Bogu i seksie analnym. Śpiewa o uprzedzeniach, grubych dzieciach, stara się ratować świat tworząc pop-hymn o płóciennych torbach , a nawet Hymn Pokojowy Palestyny.

Tim śpiewa swobodnie, nie ograniczając się w tematach, ilości wulgaryzmów, czy naruszania różnego rodzaju majestatów, bo jak się okazuje swing z przekleństwem po prostu brzmi znacznie lepiej. A nie o obrazę chodzi przecież, tylko o celny humor. A wszystko to śpiewane jest z rockandrollową werwą i naprawdę bogatym przekrojem gatunków muzycznych, od rock and rolla po funk i jazz. No i jeszcze wzmacniane orkiestrą symfoniczną. To chyba po prostu idealne połączenie muzyki i treści, rocka i poezji, a wszystko okraszone mocnym humorem.

Tim zaczął jak zwykły człowiek, po prostu kolejny pianista z okrągłą twarzą i lokami. Założył nawet zespół, z którym wydał jedną płytę, ale nie przyniosło to specjalnego sukcesu, ani pieniędzy. Żył skromnie zarabiając na gigach z zespołem kowerowym. A potem postanowił ostatni raz spróbować szczęścia będąc sobą: schudł, zapuścił i wyprostował włosy, przestał używać okularów, a na scenie pojawiał się w tylko w dżinsach typy „skinny”, ale za to boso, bez butów. Wziął tych kilka swoich dowcipnych piosenek i zaczął śpiewać przy pianinie, akordeonie i gitarze, w klubach Melbourne, aż pewnego dnia udało mu się dostać na lokalny Międzynarodowy Festiwal Komedii, który dał mu dobrą agentkę i szansę na pojawienie się na legendarnym Festiwalu w Edynburgu. Reszta jest historią…którą można obserwować w filmie dokumentalnym „Rock and roll Nerd”, który śledzi jego drogę do Londynu i do sławy.

Jest dobra okazja do tego wpisu, bo na dniach w cywilizowanych krajach w sprzedaży ukaże się na DVD i Blu płyta „Tim Minchin and The Heritage Orchestra”, czyli właśnie nagranie z Royal Albert Hall, fragmentu trasy koncertowej Tima z orkiestrą symfoniczną. Jeśli będziecie mieli okazję jakoś to zobaczyć to naprawdę polecam, to widowisko pełne humoru, ale też naprawdę imponującej muzyki symfonicznej. Jeśli już zaczniecie oglądać to koniecznie wytrwajcie do finału, bo to pod koniec każdego jego koncertu pokazuje się najciekawsza, z początku niepozorna, twarz Tima, twarz liryczna. Widz przestaje się wreszcie tylko głupkowato uśmiechać, a zaczyna fascynować nie tylko artystą, ale po prostu całą ludzkością, kiedy Tim zaczyna śpiewać o swojej rodzinie, talencie, albo po prostu o tym dziwacznym uczuciu, które każdy człowiek czasem ma, gdy czuje się jak najmniejsza lalka w matrioszce:

Arcyciekawie zaaranżowany "Creep"

Nie jestem największym przyjacielem zespołu Radiohead. Nie pytajcie dlaczego. Zwłaszcza, że teoretycznie powinienem być, są w końcu maksymalistycznie alternatywni, grają muzykę ciekawią i oryginalną, ponadto wyznają sensowne podejście do własnych słuchaczy, oraz niechęć do dużych studiów muzycznych: nawet swoją ostatnią płytę wypuścili do ściągnięcia z netu za dowolną opłatą. Ale jakoś dotąd mnie nie przyciągali.

Dopiero niedawno zainteresowała mnie piosenka „Creep”. Jakimż zaskoczeniem było dla mnie informacje cioci wikipedii, która opowiedziała, że była to ich pierwsza piosenka wydana na singlu, pierwszy i być może największy hit. Jednakże w oryginalnej aranżacji początkowo nie spotkała się z jakimś szczególnie ciepłym przyjęciem, trzeba było kilkunastu miesięcy, żeby zyskała popularność na świecie, w dodatku zaczynając nie od Brytanii, czy Stanów, ale Nowej Zelandii i krajów Skandynawii. Przy czym nie mam ku temu żadnych historycznych podstaw, ale odważę się powiedzieć, że dopiero inna wersja tej piosenki zachwyciła ludzkość – ta akustyczna, zaśpiewana dużo oszczędniej i z samą gitarą. To właśnie po niej piosenka stała się powszechnie znana, a wśród muzyków wybuchło mrowie wersji coverowych tego utworu. Najlepszy serwis internetowy świata, czyli słynny YouTube ma ich obecnie dosłownie setki.

Piosenkę „Creep” docenili nie tylko zwykli melomani, ale też wielkie muzyczne gwiazdy, w sieci można znaleźć alternatywne wersje „Creep” w wykonaniu wielu gwiazd, w tym: Korn na koncercie Unplugged, Moby (ten angol), gitarowo rozedrgany Prince, The Pretenders, komediancka gwiazda telewizji Conan O’Brian, pokręcona Amanda Fucking Palmer, czy zupełnie nikomu nieznany „bezdomny” Homeless Mustard.

Ale sieć jest też oczywiście pełna setek wersji amatorskich piosenki „Creep”, ja polecę dwa standardy: klasyczna dziewczynka z YouTuba, oraz oczywiście klasyczny duet z YouTuba. W swoich poszukiwaniach natrafiłem też na wersje, które najłagodniej nazwać można kontrowersyjnymi: smutny Kermit (który dowcipnie śpiewa „but I’m a green”), oraz doprawdy kosmiczna wersja Hindie Indie, którą śpiewa Bill Bailey.

Jednak osobiście żadną z tych wersji nie nazwałbym szczególnie ciekawą, a już na pewno nie arcy. Na aranżację arcyciekawą naprowadził mnie dopiero niedawno zwiastun, intrygującego z resztą, filmu „The Social Network”. Właśnie tam w tle śpiewa dziewczęcy chór pod przewodnictwem braci Kolacny:

Wybitne. Szczególnie, że dziewczyny nie cenzurują się, śpiewają tekst w pełni i dosłownie, a z drugiej strony bracia Kolacny kierują nimi bardzo delikatnie. Muzyka nieustannie narasta w sposób wręcz majestatyczny, żeby w ostatnich taktach idealnie się wyciszyć. Dochodzi więc do cudownego rozjazdu pomiędzy tekstem i muzyką. To dosyć znany chwyt, ale w tym wypadku jest wykonany perfekcyjnie.

Przy czym przyznam, że wciąż nie wiem dlaczego za każdym razem jestem zachwycony gdy słyszę tę pieśń. Rozumiem jej ogólną popularność, piosenka jest muzycznie dość prosta, z resztą ktoś napisał bardzo podobną już dwadzieścia lat wcześniej, a treściowo łatwo się z nią identyfikować, bo jest nie tylko depresyjna, ale i też ponuro realistyczna. Ale jakoś dopiero gdy zaśpiewały to belgijskie dziewczyny to serce mi się poruszyło, nie wiem dlaczego. Chociaż ja w ogóle lubię, kiedy kobiety na mnie śpiewają.

No to na koniec pozwolę sobie na odrobinę prywaty, oraz dołączenie się do głównego nurtu. Skoro wszyscy to robią, to ja też zaśmiecę internet swoją wersją Creep.

Słodkie video na środek lata

(O, średnia raz na miesiąc. Nieźle.)

Ja tu tylko na chwilę, nie przerywajcie sobie wakacyjnych zajęć, mam jednak pewien optymistyczny pogląd na otaczają nas rzeczywistość: nie jest tak źle!

Otóż dawno temu zauważyłem, że w popkulturze producenci trochę boją się nowych ekscentrycznych pomysłów i wolą stare sprawdzone metody, dlatego też resuscytują seriale telewizyjne z lat 80., oraz sprawdzone pomysły, więc następne lata spłyną nam na oglądaniu filmowych wariacji na temat „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Tak dzieje wszędzie, tak jest z książką, komiksem, filmem, czy – bo o niej będę pisał w tej chwili – z muzyką. Na topie są teraz głównie muzyki dziwne i w jakimś stopniu czerpiące z dalekiej przeszłości, bo klasyka i ogólne retro to teraz przecież najnowsza moda. Owszem jest jeszcze naprawdę oryginalna Lady Gaga, na którą powinna być w ogóle osobna notka, ale generalnie może się wydawać, że starość i niezależność przeważają: te wszystkie Radioheady, Muse’y, Michaele Buble, Eminemy, a nawet Behemoty na listach przebojów. Ale niekoniecznie. Jest jeszcze cud-dziewczę Kate Perry i jej pokraczna piosenka „California Gurls”:




Naprawdę nie jest tak źle. Nie martwcie się. Świat wciąż jest na swoim miejscu, bo najważniejszym hitem tego lata wciąż może być naprawdę głupia piosenka, z murzynem rapującym tylko dla żartu i z przesłodzonym różowym teledyskiem, gdzie w finale straszą (i cieszą) gigantyczne cycki strzelające śmietaną. Wszystko jest słodkie, sprośne, wakacyjne, lekkomyślne i zabawne. It’s so dumb and so awesome. Nie jest tak źle!

PS. Na odsłodę.

Summertime

Summertime. Letni czas. No to przecież idealnie na początek zimy.

Są takie piosenki, którym ciężko znaleźć najlepszą, najpełniejszą wersję. Problem staje się jeszcze poważniejszy, kiedy dana piosenka ma około 15000 udokumentowanych wykonań. Ileż wybitnych osób ją śpiewało, ilu wybitnych wykonań się doczekała. Aż sam nie wiem od kogo zacząć. Muszę być niezwykle ostrożny i uważny, szczególnie, że w pewnym sensie dla tej tylko piosenki stworzyłem ten dział.

Na początek proponuję bliskie oryginału wykonanie sceniczne. Bo musicie koniecznie wiedzieć, że ten chwytliwy kawałek dżezowy to tak naprawdę fragment opery, a pewnie nawet bardziej musicalu – bo powstał w 1935 roku, pod tytułem „Porgy and Bess”, autorstwa wybitnego George’a Gershwina. Rzecz jednak w tym, że ten utwór można przerobić na tysiąc sposobów, wedle każdej stylizacji

Wszechstronny charakter tej piosenki najpiękniej oddała chyba kabaretowa grupa muzyczna kwartet okazjonalny, która sama zrobiła jednocześnie kilka arcyciekawych aranżacji. Ale „Summertime” to też piosenka, która potrafi najpełniej oddać osobowość artysty, takich jak chociażby: Miles Davis, Ella Fitzgerald, Peter Gabriel, Paul McCartney, Kenny G, czy duet Herbie Hancock i Joni Mitchell. Skoro już o tym mowa, najwięcej zamieszania w tej materii narobiła prawdopodobnie Janis Joplin ze swoją blues-psychedelic-rockową wersją „Summertime”. Razem z zespołem „Big Brother and the Holding Company” nagrała ją na płycie Cheap Thrills, potem zrobiła też jeszcze kilka wykonań na żywo (choć ani razu z Jimim Hendrixem, jak chcieliby liczni pijani internauci). Szokująca to aranżacja, skupiona wokół hipnotyzującego głosu wokalistki i gitarowych meandrów grających hipisów, ale fakt, że dobremu ze wszystkim dobrze.

Jednak nie ta aranżacja pozostaje dla mnie najlepszą wersją tej piosenki, tej pieśni o lecie i spokoju, czyli dwóch rzeczach, których najbardziej wszystkim brak pod koniec grudnia. Mamy drodzy słuchacze niezwykłe duże szczęście, ponieważ za najwybitniejszą piosenkę świata miał okazję zabrać się najwybitniejszy duet świata. Przed Państwem: Ella Fitzgerald i Louis Armstrong w piosence „Summertime”.