Ząb ci w oko

Świat staje się coraz dziwniejszy, to przecież wiemy wszyscy. Ale żeby aż tak? Oto florydystyczna Sharron „Kay” Thornton po dziewięciu latach odzyskała wzrok dzięki…wszczepieniu zęba w jej oczy: tutaj i tutaj o tym piszą.

W skrócie: Thornton straciła wzrok w 2000 roku w wyniku kuracji medycznej służącej wyleczeniu zespołu Stevensa-Johnsona. Teraz lekarze z University of Miami Bascom Palmer Eye Institute wykonali szereg skomplikowanych zabiegów chirurgicznych, dzięki którym jej zębowa trójka, czyli popularny kieł, połączyła się z samym okiem podtrzymując soczewkę kontaktową. Ząb i kość zostały tak obrobione i wyrzeźbione, żeby prostetyczne soczewki dobrze pasowały, potem całość została wszczepiona w klatkę piersiową pacjentki i pozostawione na kilka miesięcy, żeby ząb połączył się z soczewkami. Potem cały ten inżynieryjny preparat przeszczepiono do jej oka.

To jest jak magia, a przecież nawet najbardziej szaleni kreskówkowi naukowcy by tego nie wymyślili. Jaki szaleniec wymyślił, że ząb to najlepszy sposób na wyleczenie wzroku? Jak w ogóle można było dojść do takiego rozwiązania? Co gorsza ta technika znana jest ponoć od lat `80, a dotąd na całym świecie wykonano już około 600 tego typu operacji. No doprawdy szaleństwo jakieś! Prawdę powiedziawszy, nawet kiedy piszę te słowa wciąż nie mogę uwierzyć, że po naszym świecie chodzi 600 osób z zębem w oku.

Wiadomości z Miami zamieściły fragment z konferencji prasowej lekarzy i szczęśliwej pacjentki. Sama, na wskroś południowa, Kay przyznaje, że ludzie nie mogą jej uwierzyć kiedy mówi, że widzi dzięki własnemu zębowi. I słusznie, ja na pewno nie uwierzam!

Tak naprawdę nie mam puenty dla tej pokręconej wiadomości, może prócz banału, że ogrom ludzkiej technologii mnie przerasta. Na szczęście w jednym z odcinków „Colbert Report” prowadzący poświęcił chwilę temu wydarzeniu wprowadzając specjalny segment pod trafnym tytułem „That’s the craziest fucking thing that I ever heard”. Niech więc on zakończy ten wpis. Stephen!

The Colbert Report Mon – Thurs 11:30pm / 10:30c
Craziest F#?king Thing I’ve Ever Heard – Eye Tooth
www.colbertnation.com
Colbert Report Full Episodes Political Humor Religion

Sprawdzajmy swoje szamba

Njus roku, nius roku (z resztą dosłownie, bo nadany na samym początku tego roku, czyli dawno): japończycy srają złotem. Tak, tak. Ten jeden z najdziwniejszy cywilizowanych narodów potrafi ozłocić się nawet w kanalizacji. Otóż oczyszczalnia ścieków w środkowej Japonii zanotowała odnalezienie dużych ilości złota w oczyszczanym przez nich mule. Z jednej tony osadu ze ścieków i odpadów komunalnych i przemysłowych udało się uzyskać aż do 1890 gramów złota. Dla porównania w jednej z największych na świecie kopalni złota z jednej tony rudy uzyskuje się od 20-40 gramów. I tak dzięki ściekom i coraz popularniejszej (a w pewnej mierze i pewnych kręgach wręcz obowiązkowej) polityce zieloności, Japonia może walczyć z kryzysem, wszak złoto swej wartości nie straci, nawet jeśli jest brudne i ściekowe, to i tak można dostać za nie sporo pieniędzy.

Oczywiście nigdy nie jest tak pięknie i prosto jakbyśmy wszyscy chcieli. Według oficjeli prefektury Nagano taki wynik mógł być wynikiem dużego nagromadzenia przedsiębiorstw branży elektronicznej w okolicach oczyszczalni ścieków. Po prostu przy produkcji różnych precyzyjnych sprzętów elektronicznych zużywa się dużo złota.

Ale mimo jest jakiś sposób. Być może Japończycy odkryli nową zaskakującą drogę na walkę z zanieczyszczeniem?

A może po prostu odkryli, że wypada kontrolować wszystko to co człowiek w swoim życiu wyczynia?

Gdzie oni są?

„Kosmos, ostateczna granica…”

Media donoszą od czasu do czasu o kolejnych niebezpieczeństwach nękających naszą ogólnoludzką stację kosmiczną ISS, która atakowana jest coraz częściej przez…kosmiczne śmiecie. I tak siedzimy sobie na tej naszej ciasnej planecie ledwo co docierając na księżyc i wydając przy tym niebotyczne sumy pieniędzy.

A tymczasem dalej…Dalej jest dużo. Tak dużo, że mało która wyobraźnia ludzka jest w stanie objąć jak to dużo. I daleko. I dawno. Ale przede wszystkim dużo.

„Naukowcy z Uniwersytetu w Edynburgu w Szkocji opracowali komputerowy model do stworzenia syntetycznej galaktyki zawierającej miliardy gwiazd i planet. Następnie badali w jaki sposób, w zależności od warunków panujących w tym wirtualnym świecie, mogłoby się w nim rozwijać życie. W opracowaniu opublikowanym ostatnio na łamach czasopisma International Journal of Astrobiology, stwierdzają, że z ich wyliczeń wynika, że od powstania Drogi Mlecznej rozwinęło się co najmniej trzysta sześćdziesiąt jeden inteligentnych cywilizacji, a uformować mogło się nawet trzydzieści osiem tysięcy.”

To nie nowość takie twierdzenia pośród naukowców pojawiają się co jakiś czas, najsłynniejszy był chyba Frank Drake ze swoim równaniem. Liczby mówią, że w kosmosie jest życie. I do licha nie chodzi tylko o życie, o jakieś banalne bakterie, czy inne zarazki, ale o całe cywilizacje, o istoty inteligentne, które zdążyły nas wyprzedzić o milenia. To prosta statystyka, gdzieś tam po prostu musi być jakaś cywilizacja.

„Gdzie Oni są?” – odpowiedź Enrico Fermiego na równanie Drake’a.

Oczywiście nigdy nie jest tak łatwo jak być powinno, te wyśmienite cywilizacje są od nas tak daleko i tak dawno, że szansa na nawiązanie kontaktu jest minimalna. Zanim zaczniemy coś mówić, oni zdążą już pogrążyć się w zniszczeniu. Zanim oni zdążą wynaleźć transport zdolny do przeniesienia się do nas, my już zdążymy się nawzajem zjeść. Fajnie by było gdyby ludzkość odkryła inne cywilizacje, dałoby to niezwykłe efekty w najdziwniejszych sferach ludzkiego życia. Cały świat nauki musiałaby zacząć wszystko od początku: fizycy z chemikami mieliby nowe stany skupienia i nowe pierwiastki, matematycy nowe wymiary do obliczania, a wszyscy humaniści w ogóle by zwariowali przekształcając swe poglądy antropocentryczne w kosmitocentryczne, lub nadwyrazinteligentnocentryczne. Fajnie by było gdyby ludzkość odkryła inne cywilizacje, ale jak nie my, to może chociaż cywilizacja atomowych mrówek.

I choć może nie zdążymy spotkać się z obcymi cywilizacjami, ale olbrzymie miejsce dla ludzkiej wyobraźni pozostaje. ET? Transofmersy? Alieny? Klingoni? Predatorzy? Cyloni? Brązowopłaszczy? Gwiezdne Wojny? Oni wszyscy są. Gdzieś tam.

Co by tu jeszcze osiągnąć…

Ludzkość kiedyś potrafiła zadziwiać (ludzkość – ta europejsko-globalistyczna). Ruchome czcionki pozwalające napisać dowolną książkę. Dźwięk, który można nagrać na metalowe tuleje. Obraz, który wypala się na światłoczułych kliszach. Mechanizmy pozwalające na masowe zabijanie ludzi. Ruchome obrazki przez młodzież nazywane kinem. Telefony. Przenośne telefony. Aż po elektroniczne toalety.

Ale ostatnio jakoś tak ludzkość właściwie się zatrzymała. Nęka ją kryzys, i wszechobecny marketing: Apple zamiast technologią bawi się w zmiany filozofii życia, a producenci telefonów komórkowych babrzą się z dziwnymi technologiami pokroju aparatów cyfrowych, połączonych z odtwarzaczem filmów, zamiast zrobić wreszcie porządny prosty telefon, z silną baterią i dogodną konfiguracją oprogramowania. Mało jest już takich wyśnionych urządzeń, które chcielibyśmy ujrzeć. Może prócz mojego wymarzonego elektronicznego papieru.
Mamy już swoje www, http, mp3, VOD, HD, flac, a nawet Blu-reye, ale mało jest już okazji do prawdziwego rozwoju. Kampanie paliwowe blokują nam rozwój samochodów, fizyka rozwój komputerów kwantowych, a podbój kosmosu już dawno wyleciał nam z głowy razem z upadkiem stacji Mir.

Ale nie wszystko jeszcze stracone. Pojawił się nowy projekt, który może uratować ludzkość. To marzenie, idea niemal szalona, ale takie przecież lubimy najbardziej, nie? Zatem zbudujmy podwodny tunel między Europą a Ameryką.

„Zamiast szybkiego samolotu – jeszcze szybszy pociąg. Mistrzowie inżynierii odsłaniają plany budowy tunelu transatlantyckiego. Jeśli kiedykolwiek zostanie zbudowany, podróż między Londynem a Nowym Jorkiem wyniesie 50 minut! (…) Według inżynierów – wizjonerów, podróże z prędkością 8 tysięcy kilometrów na godzinę mogą stać się kiedyś faktem. (…) Plany zakładają, że tunel będzie miał 5 tysięcy kilometrów długości. (…) Stalowa konstrukcja, zanurzona około 100 metrów pod poziomem wody, byłaby przymocowana do dna za pomocą stalowych lin. (…) Nie dość, że pasażerowie nie odczuwają żadnych wstrząsów, to prędkość podróżowania teoretycznie jest nieograniczona. (…) Aby wyeliminować opór powietrza, możliwe jest tylko jedno rozwiązanie. Należy całkowicie wypompować powietrze z tunelu. Wstępne obliczenia pokazują, że osiągnięcie efektu próżni zajęłoby około trzech miesięcy. Wygląda na to, że do rozpoczęcia rewolucyjnej budowy potrzebne są tylko pieniądze. I to niemałe pieniądze, bo zgodnie z szacunkami koszty realizacji projektu przekroczyłyby kilkanaście bilionów dolarów. (…) Taka inwestycja mogłaby powstawać jedynie jako międzynarodowy projekt wielu krajów przy współpracy ze światem biznesu.”

Szaleństwo. To jakieś „scjence fikszon”, jak powiedzieli by lingwiści. Ale przecież to niegłupie: połączenie z Ameryką się na pewno przyda…no i to pociągające wyzwanie osiągnięcia niemożliwego. Człowiek by nie dał rady? Da radę.

I znowu mamy po co żyć.