He did it his way

Whatever else has been said about me personally is unimportant. When I sing, I believe. I’m honest.

Dokładnie dziesięć lat temu zmarł Frank Sinatra. Można o nim różne rzeczy wygadywać. Można go oskarżać o jakieś tam powiązania z mafią. Można mówić, że był nieładny. Można wreszcie przyznać – skorzystam z tej możliwości właśnie teraz – że nie miał Sinatra najpiękniejszego głosu tamtych lat. Szorstki był, a im starszy tym szorstszy. Ale i tak to on był królem swingu. To on zaśpiewał wszystkie największe przeboje tamtych lat, również dlatego, że zabierał cudze utwory i śpiewał je po swojemu. To on jest najsłynniejszym z całego Rat Packu i innych swingujących dżentelistot. Był wielki. Pozostanie wielki.

Do posłuchania:
The girl from Ipanema
The best is yet to come
You are the sunshine
I’ve got you under my skin – z Bono
Fly me to the moon
Did you ever? – z Bingiem Crosby

Dzień kobiet

Kiedy piszę te słowa jest nadal 8 marca – dzień kobiet. Święto przez wielu nazywane świętem komunistycznym, pozostałościami po poprzednim reżimie oraz samym źle. I w sumie nie ma co zaprzeczać – coś w tym jest. Święto kobiet? Tylko przez jeden dzień? A pozostałe 360-kilka? Zniesmaczony Strider na Bastionie w temacie o owym święcie napisał tak:

Ujme to tak: Jeśli ktoś potrzebuje świeta do co tu dużo mówić, czczenia kobiecego piękna zarówno ciała jak i duszy to oznacza ze w ogóle go nie dostrzega bo co innego pamiętać o nim na codzień a co innego gdy przypomina mu o tym kalendarz.

No właśnie. To już naprawdę w tym tam Prawdziwym Życiu zapomina się o drugim człowieku, albo chociaż Żonie, na przykład? Dziwna sprawa.

A święto to bardzo dziwne, kwiaciarnie (a już zacząłem pisać księgarnie – lecz dla nich, niestety, nie ma takich dni) sprzedają jakieś kilkaset procent więcej niż zwykle, i tłumy kobiet płci odmiennej biegają po mieście z wiehećami kwiatów. Ale jak latają! W jednej ręce torebka, w drugiej siatka z zakupami, pod pachą smutny Tulipan. Albo na przystanku pani siedzi z miną tak smutną i wyzutą ze wszelkich pozytywnych myśli…ale ze zwiędłym kwiatkiem w ręce. Zwiędły Tulipan, pojedynczy chudy kwiatek, albo mała Róża w wielkiej folii.
Oczywiście, żeby nie było – sam dostosowałem się do ‘święta’, i obu swoim domowym kobietom (nie licząc psa) zakupiłem po nie-różowej Róży. Myślałem trochę o tradycyjnych Goździkach, najlepiej w kolorach patriotycznych, bo to chociaż by śmieszniej było, albo o Rzeżusze, ale w końcu wybrałem standard. Bo w końcu to głupio – wszyscy biegają za zielenizną, a ja mam nie latać? No bo co w końcu kurcze blade. [© to Mikołajek pana Goscinnego]

Tyle moich przemyśleń o tym „święcie”. Puent, wniosków i podsumowań nie będzie. W końcu dopiero co miałem sesję. 😛