Rock And Roll Nerd

Znalazłem nowego muzycznego idola. To nie zdarza się często. Choć słucham dość dużo muzyki, i przynajmniej połowę słuchania staram się przeznaczyć na rzeczy nowe, i na nieznanych mi wykonawców, to jednak niewiele z tego porusza mnie jakość szczególnie, a naprawdę niewiele robi aż takie wrażenie. Tymczasem wysłuchałem jednego koncertu, potem płyty, drugiej, trzeciej…potem powtórzyłem kilka razy. I właśnie w ten sposób zachwycił mnie Tim Minchin.

Tim to rockandrollowy nerd, o czym sam poświadcza poniższą piosenką. To chyba najlepsze wprowadzenie do jego twórczości. Piosenka, jakby napisana wbrew zasadom pisania piosenek, przedstawia dziwnego intelektualistę, introwertyka, marzyciela, gwiazdę, idola i nerda oczywiście. Z dość surowym poczuciem humoru. I tu przepraszam, że od razu zdradzam puentę, ale piosenka mówi przede wszystkim o trudnym losie pianisty i poety:

Droga do poznania Tima była długa i dość zagmatwana (jest też kolejny dowodem na wybitność internetu). Otóż słuchając regularnie podkastu nerdist poznałem zabawny tercet komediowy z Australii o skromnej nazwie Axis of Awesome. Zabawni goście zajmują się śmiesznymi, ale prostymi piosenkami, ale pewnego razu ich pianista, zagrał z innym artystą w tym widele. I właśnie w tym wideo po raz pierwszy ujrzałem i usłyszałem Tima Minchina, gdy przygrywał żywo na pianinie i śpiewał piosenkę zawierającą głównie wulgarne angielskie słowo „fuck”, a wszystkie te wulgaryzmy skierowane do…papieża. To mnie dość zaintrygowało, ale jeszcze nie zachwyciło, nawet usłyszenie pełnej wersji tej piosenki nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, choć było naprawdę chwytliwe i znakomicie zagrane na pianinie. Gdy zobaczyłem jednak, że muzyk ten występował z orkiestrą symfoniczną, to zaintrygowanie się pogłębiło.

Tim już na pierwszy rzut oka robi wrażenie, z tą swoją dziwaczną fryzurą, silnym makijażem, bosymi stopami, werwą z jaką gra i śpiewa swoje cudaczne piosenki i oczywiście ciągłymi minami rzucanymi w stronę publiczności. Śpiewa o wszystkim: od miłości do żony, po niechęć wobec głupoty ludzkiej. Od problemów codziennego życia, po problemy pośmiertne. A także o wielu dowcipnych rzeczach: o dziwnych fantazjach seksualnych, dmuchanej miłości, przekonaniach, trudach zajmowania się dziećmi albo o Bogu i seksie analnym. Śpiewa o uprzedzeniach, grubych dzieciach, stara się ratować świat tworząc pop-hymn o płóciennych torbach , a nawet Hymn Pokojowy Palestyny.

Tim śpiewa swobodnie, nie ograniczając się w tematach, ilości wulgaryzmów, czy naruszania różnego rodzaju majestatów, bo jak się okazuje swing z przekleństwem po prostu brzmi znacznie lepiej. A nie o obrazę chodzi przecież, tylko o celny humor. A wszystko to śpiewane jest z rockandrollową werwą i naprawdę bogatym przekrojem gatunków muzycznych, od rock and rolla po funk i jazz. No i jeszcze wzmacniane orkiestrą symfoniczną. To chyba po prostu idealne połączenie muzyki i treści, rocka i poezji, a wszystko okraszone mocnym humorem.

Tim zaczął jak zwykły człowiek, po prostu kolejny pianista z okrągłą twarzą i lokami. Założył nawet zespół, z którym wydał jedną płytę, ale nie przyniosło to specjalnego sukcesu, ani pieniędzy. Żył skromnie zarabiając na gigach z zespołem kowerowym. A potem postanowił ostatni raz spróbować szczęścia będąc sobą: schudł, zapuścił i wyprostował włosy, przestał używać okularów, a na scenie pojawiał się w tylko w dżinsach typy „skinny”, ale za to boso, bez butów. Wziął tych kilka swoich dowcipnych piosenek i zaczął śpiewać przy pianinie, akordeonie i gitarze, w klubach Melbourne, aż pewnego dnia udało mu się dostać na lokalny Międzynarodowy Festiwal Komedii, który dał mu dobrą agentkę i szansę na pojawienie się na legendarnym Festiwalu w Edynburgu. Reszta jest historią…którą można obserwować w filmie dokumentalnym „Rock and roll Nerd”, który śledzi jego drogę do Londynu i do sławy.

Jest dobra okazja do tego wpisu, bo na dniach w cywilizowanych krajach w sprzedaży ukaże się na DVD i Blu płyta „Tim Minchin and The Heritage Orchestra”, czyli właśnie nagranie z Royal Albert Hall, fragmentu trasy koncertowej Tima z orkiestrą symfoniczną. Jeśli będziecie mieli okazję jakoś to zobaczyć to naprawdę polecam, to widowisko pełne humoru, ale też naprawdę imponującej muzyki symfonicznej. Jeśli już zaczniecie oglądać to koniecznie wytrwajcie do finału, bo to pod koniec każdego jego koncertu pokazuje się najciekawsza, z początku niepozorna, twarz Tima, twarz liryczna. Widz przestaje się wreszcie tylko głupkowato uśmiechać, a zaczyna fascynować nie tylko artystą, ale po prostu całą ludzkością, kiedy Tim zaczyna śpiewać o swojej rodzinie, talencie, albo po prostu o tym dziwacznym uczuciu, które każdy człowiek czasem ma, gdy czuje się jak najmniejsza lalka w matrioszce:

Dytyramb

Uwaga, tu cytatają.

Czasem, a najwyraźniej czuć to wtedy, gdy zrobi się cieplej, nagle świat wydaje się piękny, ładny, a nawet znośny. Chce się wtedy śpiewać radosne pieśni, peany i dytyramby. A przynajmniej słuchać. Taka sytuacja zdarza się stosunkowo rzadko, przez co niektórzy uważają, że jest to stan odchodzący od normy. Chodzą po tym świecie tacy mroczni Cohenowie, którzy wierzą, że optymizm to tylko chwilowa utrata kontroli nad organizmem (cytat za jedynym i niepowtarzalnym Andrzejem Poniedzielskim). Ale co oni tam mogą wiedzieć.

Jedną z ładniejszych pieśni o radości z wszystkiego tego, co ludzkie, napisał Bronisław Maj, a dośpiewał Grześ Turnau:

Sancho (dytyramb)

Ja Gargantua, ja Sancho biedny, a swoje wiem.
Rycerzu błędny, obłędny, zbędny, na ziemię zejdź.

Tam wieczność pusta, tam doskonałość, zimna jak lód.
Tu groch z kapustą, i poniedziałek, codzienny cud.

Patrz, jak się kłębi, mieni i kipi
po wierzchu, w głębi, najżywsze życie.
Patrz, ile na raz świata dokoła.
Radosny nadmiar, chaos wesoły.

Tego nie pozna dusza anielska – astralny twór,
lecz ciągle głodne nieskromne cielsko,
mych zmysłów wór, mych zmysłów wór!

Patrz, jakie piękne to, co niepiękne!
Jakie niezwykłe wszystko, co zwykłe!
Mogło nic nie być, a jest to wszystko.
I nic od tego cudowniejszego.

Tego nie pozna dusza anielska – astralny twór,
lecz ciągle głodne nieskromne cielsko,
mych zmysłów wór.

Póki są miechy do oddychania,
póki są serca do miłowania,
ciała do wzajem się zachwycania,
niech żyje świat!

Póki mam łapy do obłapiania,
póki mam stopy do stepowania,
póki mam gardło do gardłowania:
niech żyję ja!

Po życiu nicość, ciemność i gnicie.
Za życia piję za zdrowie życia.
Nim ścierwnik wydrze z trzewi mych życie,
ja robak śpiewam na chwałę życia.

Bo nic od niego cudowniejszego,
nic cudowniejszego!
Bo nic prócz niego nie ma żywego.
Nie ma od światła nic świetlistszego.
Nie ma od świata nic światlejszego!
Niech żyje świat!

Bo nic prócz niego nie ma żywego.
Nie ma od światła nic świetlistszego.
Od tej świętości nic świetniejszego!
Niech żyję JA!

Jaromir Nohavica

Dziś chciałbym przedstawić Wam zagranicznego gościa. Obcojęzycznego, ale dosyć nieznacznie, bo pan jest czechem i jest w naszym kraju (w pewnych kręgach) całkiem popularny. Jaromir Nohavica. Bard, poeta, początkowo pisał teksty dla innych wykonawców (ogółem napisał ponad 400 piosenek!!), był prostym człowiekiem, żył spokojnie, za to sporo pił. Wreszcie w 1982 roku ktoś namówił go do zaśpiewania…i tak już zostało.

Ja najpierw usłyszałem go u Andrusa w powtórce z rozrywki, potem wybrałem się na jego koncert i…zachwyciłem się. Człowiek ten siadł sobie zwyczajnie na scenie z gitarą, a potem z małym akordeonem, i grał i śpiewał z taką radością, z takim naturalnym zaangażowaniem i z czystą przyjemnością, że aż miło się go słuchało. Pomogła też żywiołowa publiczność śpiewająca głośno razem z nim. Z resztą Nohavica ma swoją stronę, na której zamieścił całą swoją koncertową płytę, której koniecznie powinniście posłuchać.

Nohavica zrobił się trochę sławniejszy w umysłach laików, kiedy wystąpił w filmie Piotra Zelenki „Rok Diabła”, jest to strasznie dziwny pseudodokumentalny film, zaś Jarek ma tam zabawną rolę tajemniczego wieszcza. Inna sprawa, że śpiewa tam swoje pieśni, więc jest to jakiś sposób na poznanie go.

Co ważne, jak się zaczęło mówić tu i ówdzie, wkrótce ukazać się ma w naszym kraju spora płyta (coś koło 30 piosenek), na której polscy wykonawcy zajmą się polską interpretacją piosenek Nohavicy. Na początek Krzysztof Daukszewicz potwierdził, że zaśpiewa piosenkę „Panie prezydencie” w wersji PL. Ja tam zacieram ręce.

No to teraz pocytatam, i to aż dwujęzycznie. Chcę przedstawić piosenkę, którą uwielbiam, a jest sympatyczna na tyle, że bardzo chciałbym umieć ją kiedyś wykonywać osobiście z gitarą i własnym gardłem, co przy moich umiejętnościach gitarowych i zapale do ćwiczeń kończy się dosyć marnie. Ale pieśń jest przepiękna (fragmentu można tu posłuchać).

Wersja oryginalna:

Silueta

Z mého pokoje je vidět na váš dům
vaše okna za záclonou
celý večer v světle tonou
je to těžké nepodlehnout vlastním snům
když se mihne na roletách
vaše černá silueta

Zatímco váš muž zaparkoval já jdu spát
převracím se z boku na bok
je mi úzko je mi slabo
vy to nevíte ale já vás mám rád
vy jste moje rána střelná
moje nedosažitelná
láska

I wersja polska, całkiem nawet wierna oryginałowi:

Z mego okna dobrze widać pani dom
Pani szyby za zasłoną
Cały wieczór w świetle toną
I tak trudno mi się poddać własnym snom
Gdy na okna biały ekran
Pani postać noc wyświetla

Pani mąż podjechał i już idę spać
Wiercę się na lewym boku
W sercu smutek i niepokój
Pani nie wie co bym chciał jej dzisiaj dać
Tyś jak rana ma śmiertelna
Obca i nieskazitelna
miłość

Geniusz!

„Geniusz”. Kiedy słyszę to słowo, natychmiast przypomina mi się kilka nazwisk. Jest ich niewiele. Nie wielu twórców można nazwać geniuszem. Arcymistrzem danej sztuki. Człowiekiem, który stworzył w swoim czasie dzieło idealne. Nie, żeby wszystko co jego musiało być idealne – wystarczał jeden twór, idalny, niezmienialny. Niewielu przypominam sobie geniuszy.

Ale kiedy miałbym wymienić kogoś, kto bez wątpienia był genialnym, to jest nim Jeremi Przybora. Z wykształcenia anglista, z zawodu lektor i spiker radiowy, z twórczości autor teksów piosenek, kilku książek, i teatralnych spektakli. Słynny starszy pan.

Jakiś czas temu do mojego domu przyszedł taki oto zbiorek:

Fantastyczna rzecz. Kilka setek fantastycznych piosenek, każda z żartem, i napisana z nieziemską lekkością, jakiej nikt inny osiągnąć nie potrafił. Cudownie jest sobie raz dziennie przysiąść i przeczytać tak chociaż jeden tekst, na poprawę humoru…Na przykład taki zabawny tekst na melodię utwóru „Ma mie” autorstwa Jean-Marie Jamblan i A. Herpin. Niestety nie mam pojęcia co to za piosenka, czy melodia, ale i sam tekst mnie uwiódł:

Na pięćdziesiątej Avenue
Jej widok mnie pozbawił tchu
na pięćdziesiątej Avenue –
więc drżąc chwyciłem ją za kiść –
spytałem, czy chce ze mną iść
na pięćdziesiąte piętro tam,
gdzie pokoiczek schludny mam.
Zgodziła się, nie wiedząc, że
właśnie zepsuła winda się.
Więc pieszo poszliśmy en deux
na pięćdziesiąte piętro me.
Na dziewiętnastym aż po grób
miłości jej złożyłem ślub.
I uczuć wyżej gna nas moc
tam, gdzie poślubna czeka noc.
Na pięćdziesiątym rzekła mi:
„Wyjm klucz i otwórz raju drzwi”.
I wtedy nagle zbladłem bo…
w kieszeni nie znalazłem go.
I miast bym szczęście w górze snuł,
po klucz jam zaczął schodzić w dół.

Na pięćdziesiątym piętrze zła
czekała na mnie luba ma.
A jam – im bardziej schodził w dół,
tym mniej miłości-m do niej czuł.
W ogóle rzadko bywa, by
sto pięter wytrzymywały sny.
Pięćdziesiąt w górę, tyleż w dół.
O, losie po coś windę psuł!
Na próżno, luba, czekasz mnie.
Nie wrócę – przeprowadzę się.
Nie wrócę – przeprowadzam się.
Nie wró… – przeprowadziłem się.
Nie wró…

I tylko czasem nachodzi mnie myśl, że to bez sensu – dlaczego w szkołach uczy się nie o tekstach Przybory, a o nudnych poetach? O smętach, smutku, nadmiarze metafor i niezrozumiałości? Troszku dziwne.


A Ty? Kto jest dla Ciebie geniuszem?