Autobiografia

Pisanie o samym sobie może być bardzo trudne, szczególnie jeśli usiłujemy być jakoś szczególnie szczerzy. Ja sam próbuję zebrać swój własny wizerunek kolekcjonując krótkie sformułowania o sobie w trzeciej osobie. Ale jeżeli miałby być jeden utwór, jeden krótki fragment, który najlepiej opisuje mnie, moje życie codzienne i wszystko co wokół mnie się kręci. To jest jedna taka piosenka.

Wiadomo. Geniusz.

Geniusz!

„Geniusz”. Kiedy słyszę to słowo, natychmiast przypomina mi się kilka nazwisk. Jest ich niewiele. Nie wielu twórców można nazwać geniuszem. Arcymistrzem danej sztuki. Człowiekiem, który stworzył w swoim czasie dzieło idealne. Nie, żeby wszystko co jego musiało być idealne – wystarczał jeden twór, idalny, niezmienialny. Niewielu przypominam sobie geniuszy.

Ale kiedy miałbym wymienić kogoś, kto bez wątpienia był genialnym, to jest nim Jeremi Przybora. Z wykształcenia anglista, z zawodu lektor i spiker radiowy, z twórczości autor teksów piosenek, kilku książek, i teatralnych spektakli. Słynny starszy pan.

Jakiś czas temu do mojego domu przyszedł taki oto zbiorek:

Fantastyczna rzecz. Kilka setek fantastycznych piosenek, każda z żartem, i napisana z nieziemską lekkością, jakiej nikt inny osiągnąć nie potrafił. Cudownie jest sobie raz dziennie przysiąść i przeczytać tak chociaż jeden tekst, na poprawę humoru…Na przykład taki zabawny tekst na melodię utwóru „Ma mie” autorstwa Jean-Marie Jamblan i A. Herpin. Niestety nie mam pojęcia co to za piosenka, czy melodia, ale i sam tekst mnie uwiódł:

Na pięćdziesiątej Avenue
Jej widok mnie pozbawił tchu
na pięćdziesiątej Avenue –
więc drżąc chwyciłem ją za kiść –
spytałem, czy chce ze mną iść
na pięćdziesiąte piętro tam,
gdzie pokoiczek schludny mam.
Zgodziła się, nie wiedząc, że
właśnie zepsuła winda się.
Więc pieszo poszliśmy en deux
na pięćdziesiąte piętro me.
Na dziewiętnastym aż po grób
miłości jej złożyłem ślub.
I uczuć wyżej gna nas moc
tam, gdzie poślubna czeka noc.
Na pięćdziesiątym rzekła mi:
„Wyjm klucz i otwórz raju drzwi”.
I wtedy nagle zbladłem bo…
w kieszeni nie znalazłem go.
I miast bym szczęście w górze snuł,
po klucz jam zaczął schodzić w dół.

Na pięćdziesiątym piętrze zła
czekała na mnie luba ma.
A jam – im bardziej schodził w dół,
tym mniej miłości-m do niej czuł.
W ogóle rzadko bywa, by
sto pięter wytrzymywały sny.
Pięćdziesiąt w górę, tyleż w dół.
O, losie po coś windę psuł!
Na próżno, luba, czekasz mnie.
Nie wrócę – przeprowadzę się.
Nie wrócę – przeprowadzam się.
Nie wró… – przeprowadziłem się.
Nie wró…

I tylko czasem nachodzi mnie myśl, że to bez sensu – dlaczego w szkołach uczy się nie o tekstach Przybory, a o nudnych poetach? O smętach, smutku, nadmiarze metafor i niezrozumiałości? Troszku dziwne.


A Ty? Kto jest dla Ciebie geniuszem?