Legenda Korry: Księga 2 – co mogło być, a co jest

korra2Bardzo przyjemnie piszę się o czymś fajnym, a jeszcze lepiej recenzuje i analizuje się coś, czego się szczerze nie lubi. Najtrudniejszym zadaniem dla skryby, krytyka-amatora, pisacza tekstów niepotrzebnych, jest próba zrecenzowania takiego dzieła, któremu życzy się jak najlepiej. Dzieła, które chciałoby się, żeby było znakomite, a jest…niekoniecznie znakomite.

Ten wstęp zapowiada, że moja opinia na temat drugiej księgi Legendy Korry jest przynajmniej niejednoznaczna. Nie ukrywam, że uczucia mam mieszane, ale z pewnością nie są one gorączkowo negatywne. Legenda Korry powraca i jest jakby bardziej baśniowa, zdecydowanie mniej urbanistyczna, a przy tym mam wrażenie po prostu dość zagubiona.

Sezon zaczyna się w nastroju Księgi pierwszej, główni bohaterowie starają się żyć szczęśliwym życiem po pokonaniu złoczyńców z księgi pierwszej. Poznajemy odrobinkę bliżej Plemię Południa Wodnych Benderów, gdy Korra natrafia na swojego wujka, który podpowiada jej w jaki sposób zmierzyć się z zupełnie nowym czyhającym niebezpieczeństwem, jakim stają się duchy. Bo oto duchy, albo Spiryty, zaczynają nawiedzać i nękać coraz bardziej cywilizowane osady w całej krainie. Dość szybko okazuje się, że choć wujek Korry wie dużo o tajemniczych złych mocach, niekoniecznie stoi po prawidłowej stronie mocy i trzeba będzie przeciwko niemu zorganizować wojnę. Awatar staje w sporze z władzami Stolicy, ponieważ gorączkowo usiłuje znaleźć sobie sojuszników, którzy pomogą jej w pokonaniu złego wuja.

…i gdzieś w czasie trwania całej tej akcji przekonujemy się, że wszyscy nasi ulubieni bohaterowie zachowują się jak chamy. Że są to samolubne, gburne, nieżyczliwie i zwyczajnie niesympatyczne postacie. Korra biega od generała do prezydenta, szukając u kogoś aprobaty wobec wojny, Bo-lin traktuje przedmiotowo swoje dziewczyny i zachowuje się wrednie w stosunku do brata, brat daje się zrobić jak małe dziecko i zrywa z Awatarem, prezydent Republiki zachowuje się jak tchórzliwa Obama, a Szefowa policji nie potrafi nic, ani zachować bezpieczeństwa, ani prawidłowo nadzorować swoich pracowników. Nawet wnuki Aanga nie uchowały się od plagi gburstwa i w jednym odcinku znęcały się nad jedną z sióstr.

A potem nagle dzieje się coś dziwnego. Korra zaatakowana przez szczególnie potężnego Spiryta trafia na ducha pierwszego Avatara…i wtedy przenosimy się do dwuodcinkowej retrospekcji o tym, jak powstał pierwszy Avatar. W niemal godzinnej inspirującej opowieści poznajemy w jaki sposób żyła ludzkość na początku cywilizacji, i skąd mieli możliwość władania nad elementami. To dwa genialne odcinki, w przepiękny sposób snują swoją legendę, z resztą zrobione w zupełnie innym stylu animacji. Bardziej doświadczeni oglądacze zauważa tu inspiracje Potęga Mitu i ogólnie przekazów mitologicznych różnych dawnych kultur. Potem na chwilę wracamy do rzeczywistości, gdzie wszyscy główni bohaterowie nadal zachowują się wrednie. Potem znów pojawia się podróż Korry do świata Spirytów i znów robi się magicznie, mistyczne przejście do innego świata, w który istnieje bez mocy elementów. I koniec sezonu, nieco zaskakująco, staje się nadzwyczaj epicki. Jak Dragon Ball, albo Naruto. Innymi słowy epicki na równi z niejednym przygodowym anime. I to jest naprawdę dobre, bardzo fajnie się ogląda. (A złowrogi potwór z finału bardzo mocno przypomina złowieszczego Aku z Samuraja Jacka).

Ostatecznie księga druga legendy o Awatarze Korrze wypada dość interesująco, jest z pewnością jednym z lepszych przedstawicieli gatunku. Serial wciąż miewa świetne momenty postaci. Bo-lin pozostaje szczerze śmieszną postacią, podobnie jego narzeczona, a wnuki Aanga są doprawdy przeurocze. Niestety najczęstszą myślą jaka miałem oglądając serial było „Kurczę, ale przecież w Ostatnim Airbenderze też był taki odcinek z tym i z tym, ach jakie to było fajne.” A tu niestety aż takie fajne nie jest.

Buffy: Postrach wampirów

buffy..czyli o najlepszym serialu telewizyjnym w historii ludzkości.

„Buffy: Postrach wampirów”. Jeszcze rok temu ten tytuł kojarzył mi się tylko z późniejszym dzieciństwem, w którym obejrzałem już w telewizorze wszystkie możliwe odcinki „Drużyny A”, czy „Wojowniczych Żółwi Ninja”, więc znacznie zmniejszyłem ilość oglądanej telewizji. Nigdy nie miałem w pokoju własnego telewizora, więc nie miałem okazji na załapanie się na seriale typu „Beverly Hills, 90210”, „Sabrina, nastoletnia czarownica”, czy wszystkie te kultowe kreskówki z Cartoon Network. Dlatego też Buffy, już od samego tytułu, szczególnie tego „postrachu wampirów” bawił mnie wtedy, kojarzył się z tandetnym serialem dla nastolatek, w którym nudna blondynka biega dużo po ekranie.

I dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że serial ten stworzył Joss Whedon, którego dzieła, od scenariuszy filmowych, przez komiksy, po seriale telewizyjne, są zazwyczaj wybitne. Że serial „Buffy” przez wielu miłośników (i miłośniczek) fantastyki na całym świecie jest uznawany za jedno z najwybitniejszych dzieł fantastyki. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że wśród profesjonalnych amerykańskich scenarzystów Buffy również uznawany jest za klasykę gatunku i rewolucjonistę telewizji. Wreszcie zaledwie kilka miesięcy temu sam przekonałem się, że Buffy to jest wybitny serial. Z pewnością jeden z wybitniejszych jakie kiedykolwiek powstały.

Jeśli chodzi o gatunek telewizyjny, to moje młodzieńcze podejrzenia nie były znów tak oddalone od rzeczywistości. Nastoletnie problemy głównych bohaterów są dość istotnym elementem tego serialu, ale przede wszystkim jest to opowieść o radosnej walce ze złem, o radzeniu sobie z różnymi problemami, i najważniejszym morałem: że w każdy, nawet najgorszy horror, można uderzyć toporem.

Najciekawsze w całym tym serialu są silne i barwne postaci, z których najnudniejsza bywa czasem główna bohaterka: niepewna, zakochująca się w nudnych facetach, później Wybraniec, ale zawsze po prostu zwyczajny bohater. Dla mnie dużo ciekawsze rzeczy można zobaczyć w tle, gdzie, na przykład, młoda ruda nieśmiała dziewczyna z czasem zamienia się w jej przeciwieństwo, w silną, niezależną…postać (bez spoilerów). Tak, z pewnością Willow, grana radośnie przez Alyson Hannigan, jest jedną z moich ulubionych postaci, ewer. Albo Xander, bohater czysto komediowy, z czasem staje się jedynym zwykłym człowiekiem w tłumie ponadludzkich postaci…i jakoś z tym musi sobie radzić. Przez siedem sezonów scenarzystom udało się stworzyć kilkadziesiąt wybitnych postaci, których losami naprawdę widz się przejmuje, których przez lata najpierw się nienawidzi, a potem szczerze pokochuje. Nie jestem zainteresowany chłopcami, więc niespecjalnie zajmował mnie prześliczny wampir Angel, ale spinoffowy serial z jego udziałem bierze też pod uwagę inne świetne postaci wprowadzone w Buffy, więc ten drugi serial też jest całkiem niezły, choć trochę mroczny.

Barwne postaci mogą jednak świecić przede wszystkim dzięki wybitnym scenarzystom i genialnym scenariuszom prowadzonym przez Whedona. Barwny język, cięty szybki humor, zgrabne nawiązania do popkultury, ciekawi złoczyńcy i epicko rozpisane fabuły rozciągnięte na całe sezony, pozwalają na wiele dobrych historii. Jednak prawdziwy geniusz serialu można zobaczyć dopiero w szczególe, gdy z czasem kolejne cechy, albo fakty z przeszłości różnych postaci, wychodzą na wierzch. No i w takich odcinkach, w których zwykłe wymyślenie kolejnego magicznego potwora pojawiającego się w szkole średniej nie wystarczało, więc scenarzyści silili się na rzeczy zupełnie nowe. Tak powstały odcinki: o czekoladzie przenoszącej umysły dorosłych do czasu ich młodości, o alternatywnej rzeczywistości rządzonej przez wampiry, o rzeczywistości magicznie zmienionej tak, by fajtłapowaty nerd był mistrzem świata we wszystkim, o traumie związanej ze śmiercią bliskiej osoby, o demonach kradnących dźwięk (więc przez większość odcinka nikt nie mówi ani słowa), albo o demonie zmuszającym innych do…mjuzikalowego śpiewania. Każdy z nich jest perełką.

I serial też jest perełką. Nie twierdzę, że każdy musi go obejrzeć. Każdy musi obejrzeć „Firefly”. „Buffy” ma swoje problemy (irytująco depresyjny sezon 6), a lekki ton i hajskólowe problemy bohaterów też nie wszystkim się muszą podobać. To wyzwanie, serial nie jest krótki, ale potrafi być uzależniający. Jeżeli ktoś się jeszcze waha to ja polecam gorąco, bo „Buffy” to jest najlepszy serial telewizyjny w historii ludzkości (…a w każdym razie w pierwszej pięćdziesiątce na liście, na pewno po „Drużynie A”, „Firefly”…i pewnie kilku innych).

Legenda Korry

Legenda KorryZiemia. Ogień. Powietrze. Woda. Tylko Awatar może opanować wszystkie cztery żywioły i sprowadzić równowagę na świecie.

„Legenda Korry” to tylko z pozoru kontynuacja „Ostatniego Airbendera”, bo jednocześnie jest to zupelnie inny serial, zamiast skupiać się na opowieści mitologicznej, jest raczej legendą miejską, urbanistyczną. Fabuła dzieje się kilkadziesiąt lat po akcji poprzedniego serialu, ale jest jego tematycznym przeciwieństwem, dlatego też bardzo nie chciałbym ciągle porównywać go do poprzedniego Awatara. „Legenda Korry” była przygotowana długo i skrupulatnie, i to widać na ekranie od samego początku: w każdym odcinku oglądać możemy prześliczne ręcznie malowane tła, oraz naprawdę widowiskowe i mocno przemyślane sceny akcji. Cały sezon ma tylko 13 odcinków, ale dzięki temu opowieść jest bardziej zbita i jednolita.

Jak pisałem, przygody Korry mają mało mitologii, niewiele magii, ale przecież z nowoczesnością tak jest. Po co komu magia jeśli może mieć technologię? Jednym z podstawowych bohaterów tego serialu jest przedstawiany świat. A konkretniej Stolica: mieszanka Nowego Jorku z lat 20., a trochę każdego współczesnego miasta, w którym ludzie stają się masą przesłoniętą przez maszynę. Całość tworzona jest ze stylem i zamysłem, najlepszy przykład: jak to w nowoczesnym mieście, mieszkańcy muszą czymś żyć, w tym wypadku jest to sport, oparty o supermoce, ale zamknięty we współczesne ramy ustalonej rywalizacji, sponsorów i zbyt wysokich honorariów. Prezentowany świat jest niezwykły, niemagiczny, ale nadal intrygujący, bo pełen wzmacnianej specjalnymi mocami technologii. Elektryczność, technologia parowa, mechy i automobile, wszystko dzięki mocom powietrza, wody, ognia i ziemi (oraz metalu i elektryczności). Zresztą nawet bending (nadal nie mam na to dobrego polskiego słowa) staje się tutaj bardziej konkretny i szczegółowy technicznie, może nie na skalę midichlorianów, ale widziany z bardzo ciekawego punktu widzenia.

Fabularnie również serial związany jest właśnie z kwestią okiełznania technologii, która jest odpowiedzią na dotychczasowe wszechobecne rządy magii. W pierwszym sezonie złą stronę reprezentują siły szukające alternatywnego sposobu życia: życia bez bendingu. To fantastyczne, bo to niby siła złowroga, ale jednocześnie nie jednoznacznie zła. Po prostu zwyczajni ludzie, 99% jeśli chcecie, którzy nie chcą bezwiednie poddawać się szczęśliwie uzdolnionym mistrzom żywiołów. Niemniej ciekawa jest Korra, główna bohaterka. Korra jest fascynująca bo, podobnie jak cały serial, jest ona przeciwieństwem Aanga: jest starsza, bezczelna, zawsze rusza do akcji, pewna siebie i…nie potrafiąca opanować bendingu powietrza. Ciekawych głównych postaci żeńskich nigdy za wiele.

„Legenda Korry” ma też te udane elementy o których wszyscy fani marzą: widowiskowe pojedynki, dowcipne teksty, charyzmatyczne postacie, intrygi i romanse. Z drugiej strony, przez mniejszą ilość odcinków, pozostałe postaci, choć barwne i interesujące, są jednocześnie dość jednowymiarowe, mają mało do przejścia i póki co są głównie wsparciem dla głównej bohaterki. Dużo radości przynosi jednak znakomicie napisana i zagrana rodzina młodych airbenderów, oraz klasyczny okazjonalny humor i związane z nim zwierzęta, pozwalają szczerze cieszyć się seansem. Przy okazji stylu nie mogę też nie wspomnieć o wybitnym pomyśle streszczania poprzednich odcinków w klimatycznej formie filmów kronikowych z okresu II WS.

Jednocześnie serial ten nie jest arcydziełem, ideałem, którego nie da się krytykować. Przedstawiany świat polityki jest banalnie uproszczony, a bohaterowie z tła zasługują na więcej miejsca i własne motywacje. Trzynaście odcinków to naprawdę mało. Podstawowy problem leżeć może jednak głębiej, w prezentowanej filozofii serialu. Oto mamy świat rządzony od wieków przez magicznego wybrańca, jednak czas wybrańców wyraźnie dobiega końca. To jak u Tolkiena i Sapkowskiego (i wielu innych), nadchodzi Era Człowieka. Jednak główna bohaterka ciągle jest Awatarem, ratownikiem uciskanych, tylko dzięki swoim specjalnym mocom może uratować wszystkich, ale przez to musi rządzić światem. Czy może nie? Liczę, że kolejne księgi serialu zajmą się właśnie tym problemem.

Recenzja z przeszłości: Legenda Aanga

Legenda AangaZnów nadeszła pora na wspomnienia. Kilka lat temu zapoznałem się z serialem „Awatar: Legenda Aanga”, zwyczajną kreskówką stacji Nicklodeon, która okazała się być jednym z najlepszych seriali telewizyjnych jakie kiedykolwiek oglądałem. Poniżej przedstawiam moje uczucia wobec jedynego prawdziwego „Avatara”, które wyraziłem wtedy na Bastionie:

Dziś chciałem napisać parę słów o animowanym serialu przeznaczonym głównie dla dzieci: Avatar: The Last Airbender.

Woda. Ziemia. Ogień. Powietrze. Dawno temu cztery państwa żyły w harmonii. Moja babcia opowiadała mi historie o dawnych czasach, o czasach pokoju, gdy Avatar utrzymywał równowagę między Plemieniem Wody, Królestwem Ziemi, Państwem Ognia i Nomadami Powietrza. Lecz wszystko zmieniło się gdy Państwo Ognia zaatakowało. Tylko Avatar, mistrz wszystkich czterech elementów mógł ich powstrzymać. Lecz kiedy świat potrzebował go najbardziej, zniknął. Sto lat minęło i Państwo Ognia jest już bliskie wygranej. Niektórzy wierzą, że nowy Avatar nigdy nie narodził się wśród Nomadów Powietrza i łańcuch obrońców ludzkości został przerwany, ale ja nie straciłam nadziei. Ja wciąż wierzę, że Avatar uratuje świat.

Cztery żywioły. Cztery narody. Każdym żywiołem można władać, jeśli tylko ma się odpowiedni talent. W każdym pokoleniu żyje też Avatar, który włada wszystkimi czterema żywiołami dzięki czemu świat można żyć w pokoju i dostatku. Tak, słusznie zauważacie, ten świat mnie bardzo wciągnął. A sam świat to nie wszystko. Są też bardzo barwne postacie: młody bohater, któremu przeznaczone jest uratować świat, czarodziejka wody, młody wojownik Plemienia Wody, niewidoma mistrzyni ziemi (mistrzowie żywiołów to w oryginale „bender”, czyli jest waterbender, earthbander i firebender. I jak to dobrze przetłumaczyć?), ogarnięty pasją Książe, który musi zmyć swoje winy. I wiele więcej. Moim ulubionym jest grubawy leniwy generał Iroh, ale nie spoilerując, nie powiem dlaczego. Każdy bohater ma jakąś skrywaną przed widzem tajemnicę, każdy bohater ma swój cel, co więcej – i to jest chyba w tym serialu najmocniejsze – każdy bohater się zmienia. Więcej – przecież to w końcu głównie kupa dzieciaków – każdy na swój sposób dojrzewa. „Avatar” to serial drogi, bohaterowie podróżują na gigantycznym sześcionogim bizonie po świecie w poszukiwaniu wiedzy i nauki jak zmienić świat na lepsze. I widz razem z nimi poznaje ten świat, i coraz bardziej się do niego przyciąga (o ile tylko da się wciągnąć w bajkę dla dzieci). A jest przy tym sporo humoru, czasem banalnie prostego, ale zabawnego. No i jest sporo walk: bending został opracowany przez prawdziwych mistrzów sztuk walki, więc każdy żywioł ma kilka swoich ruchów, każdy ma swój styl, dzięki czemu pojedynki robią naprawdę świetne wrażenie. Szczególnie wtedy kiedy obserwowani przez nas bohaterowie stają się coraz potężniejsi. No i jest wojna, stuletnia. I są cuda techniki, o których nie wyśniłbyś gdyby nie elektryczność siła żywiołów. Tak: Michael Dante DiMartino i Bryan Konietzko świetnie obmyślili cały świat (prosty przykład: jak stworzyć nieziemskie zwierzęta? Miksując te ziemskie: kaczkę z żółwiem, kreta z bobrem. Genialne!), i całą trzy-częściową opowieść. Widać w tym wszystkim podobną moc, jak w Gwiezdnych Wojnach, albo Władcy Pierścieni Tolkiena: to jest wielka historia, podobna do mitu, czy legendy; wielka historia o drodze bohatera, o losach wielkich narodów, a wszystko to w bajce dla dzieci.
Animacja nie jest szczególnie wyszukana, raczej w klasycznym amerykańskim stylu bliskim chociażby animowanemu Batmanowi, z kilkoma wpływami anime, czasem tymi lepszymi (ujęcia w pojedynkach), czasem z tymi nieszczęsnymi (chwilowe zniekształcenia postaci, żeby pokazać ich uczucia). Z pewnego rodzaju minusów wymieniłbym też po dziecięcemu potraktowany wątek romansowy, który…no jest. Ale też bez niego byłoby dziwnie.
Jakiś czas temu M. Night Shyamalan zapowiedział, że napisze scenariusz i wyreżyseruje trzy-filmową ekranizację serialu (z czego zadowoleni są twórcy serialu), i już oglądając ostatnie odcinki serialu po prostu nie mogłem nie myśleć jak dobry mógłby z tego wyjść film aktorski. Nie jest przesadą, że mogłyby to być Gwiezdne Wojny na miarę XXI wieku.

Polecam, jeśli ktoś ma okazję i czas, niech spróbuje. Świetny serial.

I jeszcze słowo komentarza na koniec: w ostatnim akapicie wspominałem film Shyamalana, który niestety okazał się być wielką filmową kupą, przypieczętowującą karierę tego, niegdyś dobrze zapowiadającego się, filmowca. Film jest tragiczny, ale potencjał tej historii pozostaje ogromny, zaś serial animowany pozostaje do dziś wybitnym przykładem animacji i tworzenia wymyślonych światów. Zaś te powyższe wspomnienia są o tyle istotne, że serial doczekał się naprawdę niezwykłej kontynuacji…o czym dowiecie się w następnej notce.

Seks przechodzi do mainstreamu?

Aha! Ja wiem jak z klasą powrócić na łamy i od razu zainteresować i przyciągnąć czytelnika. Sprośność przyciąga. Jak wiadomo nie ma nic oryginalnego, wszystko już było (rzekł Ben Akiba*), wiadomo też, że lubię obserwować nowe popkulturowe trendy. No to w Ameryce pojawił się nowy fenomen pod tytułem „Fifty Shades of Gray”. To książka i od razu powiem, że nie mam planów żeby ją przeczytać, bo brak mi na to czasu i odwagi, ale jest to interesujący projekt. Po pierwsze powstał jako fanfik (a wiem już o nich trochę, bo na nich się wykształciłem :]), opowiadanie z fandomu Zmierzchu. Wynika z tego, że słaba, ale dobrze sprzedająca się książka, wygenerowała stworzenie jeszcze gorszej literatury. Fanfik był mocno erotyczny, wręcz ocierający się o slashfiction, a po jakimś czasie został przerobiony, żeby odłączyć się od nudnej Belli i świecących wampirów. Tak powstały niezwykle oryginalne przygody młodej niedoświadczonej dziewczyny Anastasi Steele, która poznaje obeznanego i wyuzdanego multimilionera Christiana Greya. … Tak, to z grubsza jest cała fabuła (i to chyba całej książkowej trylogii). Książka wyróżnia się z reszty tym, że jest mocno seksualna, żeby nie mówić wyuzdana, zawiera elementy BDSM, czyli seksualnej dominacji i uległości. To fascynujące, bo pomimo tej „sprośności” (albo właśnie dzięki niej), książka została wydana i stała się olbrzymim hitem, bestellerem wśród wszystkich matek amerykańskich.

Swoje opinie i wiedzę na temat książki czerpię tylko w oparciu o wzmianki w amerykańskich mediach głównych i internetowych, a także pewnej konkretnej audycji podkastowej, w której specjalistki od przyjemnych spraw seksualnych (nie seksuolodzy a sekseksperci – znawcy prawidłowych czynności przynoszących przyjemność) wypowiadały się na jej temat. Jak twierdzą, o ile książka jest słaba, napisana nędznym językiem, z nijaką fabułą, ale interesującymi elementami seksualności. I co prawda są też elementy irytujące, na przykład główna bohaterka, która wzniosłą przyjemność** osiąga bez najmniejszych problemów i szczególnej pracy, co czytelniczki może frustrować. Ale już sama relacja BDSM jest opisana podobno w sposób kompetentny, trafiony i ogółem prawidłowy. Według ekspertek położono tu nacisk na umowę między poddanym i uciskającym, która jest gwarancją dobrej zabawy przy takiego rodzaju zajęciach. Bo wbrew stereotypom fetysze tego rodzaju zawsze polegają na zgodzie obydwu stron, tzw. safe word, to nie tylko obiekt żartów (it’s banana), ale ważny element istniejący w tego typu zajęciach. Jest dla mnie niezwykle fascynujące, że to co dotąd było tematem schowanym, staje się teraz częścią głównego nurtu.

„Fifty Shades of Gray” to zapewne tylko słabo napisane popłuczyny po „Zmierzchu”, ale
muszą mieć coś w sobie, prawdopodobnie tego pornosa, bo już dość dużo mówi się o adaptacji kinowej. Jednakże książka w takiej oryginalnej, „otwartej”, formie chyba nie może się pokazać w kinie, W „Grach głodu” problem był nieco podobny, tam małe dzieci miały zabijać się nawzajem…i w kinie faktycznie też się zabijały, nie było to jakoś szczególnie złagodzone, ani zbrutalizowane. Pod tym względem film jest dość wierną adaptacją realistycznych potyczek młodzież na śmierć (i jedno życie). Ciekawe czy taką samą drogą zostanie zrealizowane „Pięćdziesiąt Odcieniu Szarego”. Ale trudno mi to sobie wyobrazić.

To fascynujące, że w Ameryce, która nadal dyktuje to co może i nie może w mainstreamie zaistnieć, króluje dość spora pruderia, a wszystko przez nieszczęsny cycek Janet Jackson, czyli legendarną kontrowersję z XXXVIII Super Bowl, gdzie Janeta tańcząc z Justinem Timberlakiem, na zawsze zmienili oblicze telewizji. Podczas wymyślnych pseudo-ero-tańców pierś wyskoczyła jej z dziwacznego popowego kostiumu na pół sekundy (dosłownie!) i to wystarczyło. Ruszyła lawina oburzeń, dyskusji o demoralizacji i o protestów przeciwko przeerotyzowaniu wszystkiego co istnieje. Nie powiem, coś w tym pewnie było. Jednak efekt tej lawiny był taki, że zmieciono z powierzchni ziemi nie tylko przesadzone nawiązania do erotyki, ale w ogóle wszystko co tylko może być związane z seksem i cielesnością. Dosłownie wszystkie seriale i programy telewizyjne produkowane po nieszczęsnym „Nipplegate” były automatycznie cenzurowane i łagodzone, co z resztą ładnie pokazał Family Guy w odcinku „PTV”. Oczywiście mowa o stacjach amerykańskich ogólnonarodowych, kablówki rządziły i rządzą się trochę innymi prawami. W Polsce też sytuacja wygląd nieco inaczej, i kobiece piersi w epopei narodowej (lub religijnej) mogłyby oglądać pewnie dzieci z przedszkola. Ale problem nadmiernej pruderii pozostaje żywy, zwłaszcza, że przenosi się też do kin. Kevin Smith lubi powtarzać, że żyjemy w dziwnej schizoidalnej dwoistości, gdzie jakiekolwiek brzydkie słowo, zwykłe wspomnienie o zbereźności, zwykła kobieca pierś, nawet karmiąca, pojawiająca się w głównych mediach jest czymś strasznym, a jednocześnie każdy dziesięciolatek ma w każdej chwili możliwość obejrzenia w internecie jak ludzie robią różne niesamowite rzeczy z różnymi ludźmi, przedmiotami i pozostałymi rzeczami, o których nawet szkoda pisać (43 zasada internetu). Być może ten głupkowaty romans stanie się elementem rewolucji otwartego nie-erotycznego pokazywanie i mówienia o seksie. Póki co Amerykanie przynajmniej potrafią prześmiewać się coraz mocniej z tego typu tematów: link do dowcipnego wideo.

* Muszę się kiedyś dowiedzieć skąd pochodzi to powiedzenie.
** Wzniosła przyjemność – mój nowy ulubiony synonim orgazmu.