Z pamiętnika wolontariusza

Zostałem wolontariuszem. Całkiem niedawno, w czerwcu tego roku. Jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, ale powstawało widowiskowe wydarzenie sportowe Euro 2012, ja nie miałem żadnych szczególnych życiowych perspektyw, i, nie bez zachęcań ze strony rodziny, zapisałem się. Jak się niespodziewanie okazało to była jedna z lepszych decyzji, i fajniejszych przygód mojego życia.

Po pierwsze, zupełnie niespodziewanie, przestałem cierpieć z powodu wszechobecnego nastroju Euro, tych wszystkich piłek, piłkarzy, kibiców, euforii, itd. Okazało się, że pracując dla lepszej sprawy, w bardzo małej części, niewiele znaczącej dla UEFY, ale drogocennej dla mnie, stałem się organizatorem mistrzostw. A organizatorowi nie wypada przecież wyrzekać się własnej imprezy. Wprost przeciwnie, można być z niej dumnym, współtworzyć epickie wydarzenie, którego rodzinne miasto jeszcze nigdy nie doświadczyło i już bardzo długo nie doświadczy. Zresztą chyba większość mieszkańców mojego miasta tak się czuła: na parę dni miasto Poznań zmieniło się nie do poznania (hy hy), wypełniło się tłumem pijanych, ale radosnych ludzi. Było nadzwyczajnie. Nie żebym zaczął interesować się sportem, pod koniec mistrzostw znów nie zauważałem kto gra, a kto wygrywa. Ale nagle Euro stało się naszym Euro, stało się dla mnie przedmiotem wyzwania i dumy, nie znużenia.

Kolejną, myślę znacznie ważniejszą, zaletą zostania wolontariuszem było spotkanie niesamowitych współwolontariuszy, których w tym miejscu serdecznie pozdrawiam. Jako miejski wolontariusz zostałem przypisany do grupy lotnisko, gdzie trafili najlepiej wygadani i najbardziej obeznani ze światem pomocnicy (słowo daję, trafiłem tam chyba przez przypadek). I jak się potem okazało, przydzielenie na lotnisko było najlepszym miejscem do pracy: mieliśmy bezpośredni kontakt z kibicami i mieliśmy co robić, ale jednocześnie było sporo czasu wolnego, kiedy można było spokojnie siedzieć sobie na ławeczkach i nikomu nie przeszkadzać. Tymczasem były takie miejscówki gdzie pracy było za dużo, a były takie gdzie nie było jej w ogóle, ja zaś trafiłem doskonale. … No i codziennie musiałem grać na ukulele, bo współwolontariaci się tego domagali. Nigdy w życiu nie grałem tak dużo na ukulelu. Byłem zachwycony!

Wreszcie ostatnim, pewnie najsilniejszym wrażeniem z całego wolontariatu byli kibice. Liczni i entuzjastyczni. Najwięcej przyleciało kibiców z Irlandii, gotowi do mistrzostw już w samolocie, oni nie tylko wysiadali już ubrani w zielone koszulki, oni byli już gotowi na stadion, pomalowani na twarzach, przebrani w wymyślne peruki…w samolotach mieli już gotowe nadmuchane młotki! Kibice z Chorwacji byli mniej liczni, znacznie lepiej zorganizowani, ale też czasem potrzebowali rady, i z ochotą przyjmowali darmowe rogaliki rozdawane w ramach promowania regionu (pyszne). Kibiców z Włoch było najmniej i zazwyczaj po prostu kierowali się do wypożyczalni samochodów, czasem zapalając jeszcze papierosa przed wejściem.

Oczywiście jako pomocnicy na lotnisku byliśmy też często informacją lotniskową (toalety po prawej, wypożyczalnia samochodów po lewej, bankomat w terminalu odlotów), co więcej mieliśmy też przyjemność obserwować zajęcia samych pracowników lotniska, które zazwyczaj przypomina żonglowanie pięcioma piłeczkami, z czego nasłuchiwać trzeba czterech z nich. Nad wyraz trudna praca. Jeśli chodzi o pomoc wolontariacką, to najczęściej zajmowaliśmy się wskazywaniem na adres na mapie, tak naprawdę, gdyby na lotnisku internet był wszechdostępny, a turyści znali by stronę jakdojadę.pl, nie bylibyśmy prawie potrzebni. Większość turystów po zobaczeniu miejsca na mapie dopytywało zresztą o taksówki, a gdy słyszeli, że trasa będzie kosztować niecałe 10 euro, natychmiast dodawali „Oh, that’s not much. That’s ok.” i kierowali się do postoju, więc MPK dużo na turystach nie zarobiło.

Ale były też sprawy niezwykłe, w których potrzebne były spryt, odwaga, oraz wygadanie (na przykład jak się po angielsku mówi na „osiedle”?). Kilka z tych niezwykłych wydarzeń przedstawiam niniejszym, oto moje (a czasem nie-całkiem-moje) wspomnienia z wolontariatu:

  • Leprikon – stary, czerwoniutki na twarzy, w berecie zielonym i z sygnetem. Z grubą, ale niską córką. Nie mieli noclegu, bo ich przyjaciel z Niemiec nie dojechał swoim Camperem. Byliśmy „Good lads” i staraliśmy się im pomoc. Gdy on mówił „Nocleg tylko dla mnie i córki”, ona pod nosem dodawała „No tak, seksu dziś nie będzie!”, gdy on mówił „Tylko jeden pokój, bo jesteśmy oszczędni.”, ona dopowiadała „Co za głupoty pieprzysz.”. Na koniec leprechaun stwierdził, że nie ma noclegu, to chociaż pójdzie na drugą stronę ulicy do hotelu, nawet jeśli nie ma tam wolnych miejsc, to chociaż sobie piwo wypije.
  • Wychodzą dwaj Irlandczycy z odprawy granicznej i mówią „Dzie pivo?”
  • Jakiś chłopiec leciał z USA, ponad 30 godzin, więc był tak zmęczony, że zapomniał o odebraniu bagażu.
  • Podchodzi ubrany na zielono kibic i pyta: „How do you say”, po czym podaje karteczkę, a tam napisane „KIEKRZ”.
  • Postój taksówek, wolontariusze pomagają turystom poprawnie stać w kolejce, wrzucają do taksówek, pomagają dogadać się z taksówkarzami, a nagle jeden z taksiarzy pyta „Ale oni to sami za siebie płacą?”
  • Po przegranym meczu Irlandczycy śpią we wszystkich kątach lotniska. Również za trzema automatami na batoniki postawionymi na tarasie widokowym: z jednej strony głowa, z drugiej nogi, najdłuższy Irlandczyk świata.
  • Stoi Jerzy Engel, były trener reprezentacji, a jedna pani pyta „Kto to jest ten Jan Englert?”
  • Tramwaj jedzie na mecz. Irlandczycy wystraszeni, że nie ma bezpośredniego połączenia ze stadionem, a ja, choć po służbie i bez profesjonalnego stroju, pozostałem wolontariuszem i zaprosiłem ich, że im pomogę dojechać. Jedziemy, wesoło rozmawiamy, powiedziałem, że naprawdę lubię ich piosenki. „A ile jeszcze pojedziemy?”, odpowiadam: „Dwa przystanki.”, „A to jeszcze zdążymy”. I zaczynają bardzo głośno śpiewać „Stand up for the boys in green!”, a potem również „There is no guy like Bartek”.
  • Wychodzi Irlandczyk z kontroli granicznej, ręce do góry, spodnie w dół, i szczęśliwy.
  • „Kanadyjczyk”: do grupki wolontariuszy podchodzi wyraźnie znudzony jegomość i po angielsku dopytuje jak nam się pracuje, gdzie lądują piłkarze i tak dalej. Po dziesięciu minutach płynnie przechodzi na polski, bo „Dawno tutaj nie byłem i chciałem was sprawdzić.”
  • Stoją Włosi w terminalu i nie chcą od nikogo pomocy, chyba, że mówi po włosku.
  • „Przyleci samolot z Mediolanu i wszyscy kibice będą ładnie ubrani”

Więcej ciekawostek właściwie nie pamiętam, choć zdarzyło mi się pewnie jeszcze mnóstwo ciekawych sytuacji, jak mój idiotyczny ukulelowy teledysk dla telewizji, wynudzony antykonfliktowy oddział policji, Pierwsi Piastowie z Gniezna rozdający krówki, alarm na pozostawioną walizkę, terroryzujące antyterrorystyczne szkolenie, czy wymęczająca Gra Miejska, w której grupa lotnisko oszukała tylko trochę, zgarniając punkty jednocześnie za zdjęcie z miejscem pracy i z lotniskiem. I wiele, wiele więcej. A ja byłem przecież tylko jednym z kilkuset pomagających w mieście. Tyle powstało historii do opowiadania. Powinni o nas książkę napisać.

Widz wie lepiej

sztuka201022
Uwielbiam kiedy publiczność ma okazję dojść do głosu, o ile robi coś więcej niż tylko rytmicznie klaszcze. Szczególnie, kiedy będzie potrafiła trafnie zauważyć, że to właśnie „moja prawda jest najmojsza”. Co więcej zdjęcie pochodzi z wystawy „Wodne skojarzenia” organizowanego przez lokalne wodociągi, więc ten publiczny komentarz jest tym bardziej na miejscu. Ciekawe co na taką uwagę prostego widza będzie chciała odpowiedzieć autorka?

Rytuał codzienny

foto004322Rytuał to jeden z niezbędnych elementów ludzkiego życia. Uporządkowany symbolicznie
zespół czynności, który jest specyficzny dla konkretnej kultury, i zawsze dokładnie taki sam, rozpisany według konkretnego scenariusza, opracowywanego przez społeczeństwa przez wieki, z jasno określonym początkiem i zakończeniem. Rytuał to czyn, ale za czynem zawsze ukryta jest jakaś idea, jest czymś co wykonuje się zarówno ciałem jak i myślą, rytuał zawsze daje jakiś skutek i wykonywany jest przez kogoś i dla kogoś – nie odbywa się bez audytorium, które zna treść scenariusza i rozpoznaje konkretne rytuały. Ten związek mitu i myśli musi być wykonywany, dziać się, i zaznacza się w nim element estetyczny. Co więcej większości rytuałów towarzyszy przekonanie o społecznym przymusie do uczestniczenia w nich, brak dostosowania się może skończyć się wykluczeniem z grupy; to rytuały scalają społeczeństwo i porządkują je.

Ale co to ma wspólnego z włosami to naprawdę nie wiem.

Debata publiczna w rynsztoku

Dobrze jest kiedy ludzie mają swoje własne zdanie. Jeżeli je posiadają, a potem jeszcze je głośno wyrażają to jest dobry znak – że chce im się podjąć jakiś proces myślowy, że potrafią zdecydować o tym, że coś jest dobre, a coś złe. Że jedno należy robić, a innego należy zabraniać. I bardzo słusznie. Oczywiście im więcej ludzi tym więcej zróżnicowanych opinii, a gdzie dwóch Polaków, tam trzy Wikipedie (jak mawia Misiek), dlatego przy co bardziej zróżnicowanych poglądach dochodzi czasem do konfliktów. Również dlatego czasem poglądy niektórych są wyrażane w sposób hałaśliwy, tak żeby zwrócić na siebie uwagę mas. Z resztą rozstrzygnięcia takich drobnych konfliktów pomiędzy różnymi grupami ideologicznymi, najlepiej poprzez społeczną dyskusję i ustalenie konsensusu, to ponoć podstawa demokracji i szansa na powstanie społeczeństwa, któremu się chce.

Niestety. Robi się bardzo niebezpiecznie gdy do głosu dochodzą idioci.

Dziś niewinnie przejeżdżając przez rondo Śródka ujrzałem taki oto widok:
hitler22
Tak, napis na plakacie naprawdę głosi „Aborcja dla Polek wprowadzona przez Hitlera, 9 marca 1943” (tu jest zdjęcie lepszej jakości), oraz adres fundacji www.stopaborcji.pl, która na co dzień zajmuje się wystawianiem obrzydliwej wystawy, promującej społeczny sprzeciw wobec aborcji.

Moją żywiołową reakcję na ten widok postaram się przedstawić w formie literackiej:

„Buahahahahahahahahahaha!!!”

Bo to jest śmieszne. To jest obleśne. To jest plugawe. I nieznośnie głupie. Po prostu głupie.

A może nawet nielegalne?