Twitter eksperyment zakończony

Minął miesiąc od rozpoczęcia mojego wysoce wyspecjalizowanego twitter-eksperymentu, teraz nadeszła najwyższa pora na wnioski, podsumowania i dalsze plany. A warto przypomnieć, że jeszcze w sierpniu publicznie uznawałem serwis mikroblogowy Twitter za wynalazek tajemniczych sił i całkiem głośno przyznawałem się do nie rozumienia fenomenu Twittera. Teraz, po miesiącu wnikliwych obserwacji, a nawet osobistego ćwierkania, stwierdzam, że…zachwyciłem się. Okazało się, że Twitter to kwintesencja współczesności. Żeby nie było, powyższe zdanie i tak głośno wyrażony przeze mnie zachwyt wcale nie oznaczają, że teraz już rozumiem Twittera, wprost przeciwnie. Wciąż fakt, że ten dziwaczny serwis stał się tym czym jest obecnie, fakt, że – co tu dużo mówić – tak banalny pomysł okazał się takim sukcesem, jest dla mnie wciąż tajemnicą, i pewnie pozostanie nią do końca świata. Ale nie zmienia to faktu, że Twitter to intrygujący fenomen.

Po pierwsze pozwala opowiedzieć światu o tym jaką zjadłem zupę i czy jest smaczna. Sama idea mikrobloggingu zdaje się sprowadzać wśród wszystkich tweettletów (jak pewnie łatwo zauważyć Twitter zachęca do wzmożonego słowotwórstwa, zarówno po angielsku jak po polsku, ale wojna o twitty i ćwiry dopiero będzie się musiała rozstrzygnąć) do trzech głównych tematów: opowiadania o swoim życiu i jedzeniu, rozmawiania z innymi tweettletami, oraz przesyłania sobie nawzajem popularnych linków. Ten ostatni jest pewnie najsilniejszy i najszybszy jeśli chodzi w ogóle o cały internet: maila trzeba wysłać, nie wszyscy muszą być zalogowani w jakimś komunikatorze, facebook’ową wiadomość łatwo w ich natłoku zgubić. A raz zatwittowany ćwirk potrafi retweetować się wiele razy i krążyć po różnych sieciach bardzo szybko i sprawnie. I w ten właśnie sposób internetowe memy znacznie przyspieszyły swoje tempo w podróżowaniu po całym świecie.

Jeżeli chodzi o oglądania opowiastek o jedzeniu zupy, nie jest to wcale takie nudne jak by mogło się wydawać, jeżeli możemy być nieco bliżej (albo „bliżej”) swoich znajomych; wygląda to nawet jeszcze lepiej, kiedy stajemy się bliżsi znanym osobistościom: Ashton Kutcher jest taki przystojny (4 507 913 followersów!), Stephen Colbert czyni spostrzeżenia meteorologiczne, niedawno zarejestrowany Craig Ferguson zbiera armię szkieletowych robotów, a Stan Lee staje się Generalissimo licznej armii brygadierów. Nie wspominając już Kevina Smitha. Ani Carrie Fisher

Dyskusje między twiterrczanami prowadzą do powstawania różnych środowisk, wielorakich grup twitterczanych, których struktura nie różni się aż tak mocno od innych miejsc tego typu, jest po prostu krótsza; ale te rozmowy i dyskusje prowadzą też do tak zwanego „efektu twittera”, nazwany tak ponoć przez Reutersa, efekt ten jest największym koszmarem prezesów Hollywood, a przede wszystkim wszystkich marketingowców i reklamotwórców. Efekt Twittera to faktyczna realizacja ludzkich przeświadczeń, że reklamy kłamią, ale zwykli ludzie nie; dlatego przesyłane twitterem opinie o filmie, czy jakimkolwiek innym nowym produkcie, mają dla nas znacznie większe znaczenie niż opinie przekazywane w reklamach, czy nawet w recenzjach profesjonalnych krytyków. Nieważne co pisze się o danym filmie, ale kto o nim pisze. Zatem dyskusje między zwyklakami, do tego dyskusje między gwiazdami, komentarze na temat najnowszych wydarzeń, wszystko to i znacznie więcej można obserwować w tym gargantuicznym zbiorze mniej niż 140-znakowych wypowiedzi. Prawdziwym sukcesem Twittera nie jest jednak sama idea krótkiego opowiadania o swojej zupie, ale fakt, że można to zrobić przez wiele różnych urządzeń: laptopa, netbooka, ajfona, telefon komórkowy (oczywiście tego ostatniego nie da się w Polsce, po co Polakom takie luksusy). Dzięki tej dostępności, oraz dzięki prostocie samego serwisu, ludzie mają dostęp do ćwierkania nawet w najbardziej niedostępnych miejscach. A to pozwala na łatwą obserwacje niezależnych relacji z różnych wydarzeń z całego świata, i właśnie w ten sposób w tym roku po raz pierwszy znalazłem się na festiwalu w Sundance.

Jednak z tego wszystkiego wynika coś jeszcze zupełnie innego, ujawnia się z tego serwisu wizja całego świata. Nie jest specjalną przesadą powiedzieć, że Twitter jest skondensowanym mikroświatem prezentującym wszystkie najistotniejsze cechy współczesności. Twitter swoim jestestwem reprezentuje cechy współczesnych: natychmiastowości, konsumpcji, ulotności, modularności, fragmentaryczności, a nawet relacji międzyludzkich – bo współczesne relacje międzyludzkie muszą być przelotne, krótkie, ale za to częste; zamknięcie ich w 140 znakach jest tylko konsekwencją wynalezienia telegrafu. Twitter jest wręcz uosobieniem współczesnej konsumpcji: opiera się tylko na prostym wyborze i daje natychmiastowy efekt, pojedynczy ćwierk na Twitterze jest „na teraz” i tylko na teraz ma jakiekolwiek znaczenie; mija chwila i wpis przestaje być ciekawy, staje się nieinteresującą przeszłością, pyszna zupa po prostu stygnie. Co więcej nie ma na Twitterze jakichkolwiek archiwów, nie da się łatwo dostać do pierwszych wpisów z początku serwisu, a kolejne wpisy po prostu znikają gdzieś w historii. W dodatku wszystko to jest darmowe! Nawiasem mówiąc to jest jeden z poważnych problemów przyszłości Twittera: żeby serwis internetowy mógł ugościć całą ludzkość musi przynosić jakieś zyski, a obecnie nie ma jakiegokolwiek planu marketingowego utrzymującego Ćwiekacza w rentowności. Czas pokaże czy jakiekolwiek wprowadzone rozwiązania zarobkowe nie zrujnują całego serwisu, zniechęcając użytkowników albo opłatami, albo reklamami – bo obecnie tertium non datum zdaje się.

Czas pokaże też czy Twitter tak naprawdę obejmie cały świat, wciąż nie zdobył on przecież masowej popularności w Polsce, owszem Polacy pojawiają się tam coraz liczniej, ale wciąż nie jest to skala masowa, wciąż nie wszyscy zapytani na ulicy wiedzą co to jest. I tak właśnie od zdziwienia nad popularnością Twittera przeszedłem do zdziwienia o braku popularności Twittera w Poslce. No cóż, ja teraz zamykam eksperyment, ale nie kończę obserwacji. Ja jeszcze poczekam, postoję. Popatrzę. Przypuszczam, że za jakiś czas Twitter jednak nawiedzi masa polskich internautów, tak jak nagle w pół roku ożywił się polski Facebook. I tylko o My Space nikt nie pamięta ;).

Oczywiście nawiązując do swojej poprzedniej wypowiedzi pamiętam, że Twitter może się skończyć tak jak każdy inny serwis społecznościowy, zwłaszcza, że konkurencja rośnie i szuka swojej niszy do wypełnienia, pojawiają się nowe, nierzadko rewolucyjne, portale społecznościowe dla właścicieli zwierząt, muzyków, szukających dawnych miłości, a nawet ekshibicjonistów kredytowych i ekshibicjonistów po prostu. O tych dwóch ostatnich opowiedział mi Stephen Colbert, więc znów muszę poprosić go o pomoc, obejrzyjcie proszę jego słowo: Cognoscor ergo sum (jestem znany, więc jestem znany). Ja czekam. Czekam. Czekam na otwarcie serwisu http://knowny.com.

5 komentarzy do wpisu „Twitter eksperyment zakończony

  1. Twitter jest silny w swej sile, bo jego treść jest krótka, zwięzła, nie trzeba się w nią wczytywać. A tego krótkiego przekazu dziś nam bardzo trzeba. Idealny przykład – za długą notkę napisałeś i jej nie przeczytałem!

Dodaj komentarz